Text naokoło gefilte fisz

Lubie dużo kawy
pić szabasowe wino
Jeść gefilte fisz
ale nigdy nie jem świni
następnie na rynek się udać
wziąć z kurczakiem zupę
po żydowsku pohandlować.
Oi! Czuję się wtedy dobrze.

Continue reading

Advertisements

Kino, Cyrk i inne rozrywki.

 

    Ciekawe, czy B.Schulz to oglądał w tym miasteczku gdzieś na Wschodzie -Wschodnim.
W jakimś objazdowym kinie po chmurką, albo i stacjonarnym.
Wyobrażam sobie wschód (Kresy) poprzez Konwickiego.
Upalne, zawisłe powietrze, rowy i łąki porosłe bujnym burzanem.
Tak bardziej z ,,Kroniki wypadków miłosnych”.
 
Oglądając ten krótki film, pomyślałem o sztuce cyrkowej o iluminacji-jaką-niesie-z-sobą.
A kino, to sztuka przedstawiająca.
Niby-rzeczywistość-chociaż w istocie, nawet nie jej nie pozór.
Raczej rzeczywistość-wysoce-autonomiczna.
 
  Poprzednikiem kina było cyrk a uprzednio misteria.
Cyrk i trupy objazdowe wyrosły z misteriów kościelnych ( w średniowiecznej Europie).
 
Tragedia nie mogła zaistnieć w kulturze Europejskiej, gdyż ,,tragiczność” została przypisana wyłącznie: z jednej strony do postaci centralnej a z drugiej do kategorii ,,Objawienia”-a tym samym została zniesiona.
 
   Tak, wiec cyrk czy cyrkowcy:
to-nie-religijne misterium, poprzedzające kino z jego magicznością, które zostało obdarzone łaską banicji z sacrum. Pisze o nim z czułością, kogoś kto ogląda wyciągany papier z roztworu odczynnika wywołującego obraz na pozytywie w ciemnej postaci miejsca, które jest niedostępne z definicji.

Rzecz, przed którą H.Hesse niemiecki pisarz zeszłego wieku usiłuje oddalić pisząc o Grze Szklanych Paciorków-grze- książce i tworząc postać Józefa Knechta.
    Od kilkuset lat sakralne na Zachodzie Świata (dla tutaj urodzonych i zaliczających się własnym wyborem do cywilizowanych nie-barbarzyńców) obraca się niczym w klątwie Midasa w  “odi profanum vulgus et arceo” a zamiast gry Szklanych Paciorków o której marzył Hesse, nieco zaczadzony Wschodem i jego opiumowym ( w sensie przenośni) czarem- otrzymała kultura europejska przeźroczystą, nagą technologie#1 
   
   I tutaj, już można bezzwłocznie wrócić niczym po wykonaniu koła na jednokołowym rowerze wokół areny cyrkowej do B. Schulza.
Świeckiego, podupadłego (podwiązki i pantofelek Adeli), niezbyt zrozumiałego(Kresy Europy) ale nie-koniecznie podrzędnego (vide tłumaczenia Kafki) literackiego Demiurga.
    ….Ciekawe, czy B.Schulz to oglądał w tym miasteczku gdzieś na Wschodzie -Wschodnim…

#przypisydoschulza

#(rozważania o nad-człowieku Nietzschego i praktycznej realizacji jego idee fix czyli człowieku-maszynie to rzecz na odrębny wpis).

Turnus

ujrzane niegdyś na wschodzie polski (krótki postój autobusu marki Jelcz w drodze na kolonie letnie) otóż, wapienne wyrobisko, gdzie wydobywano skamieniałe organizmy sprzed milionów lat czego uczona na lekcjach geografii i była w tym, powaga ponieważ ostatecznie geografia nie może kłamać, jeśli nawet inne sztuki czy nauki jak najbardziej, zieleń w ciemniejącym wieczorze, zanosiło się chyba na deszcz w powietrzu krążyła nieskończona ilość owadów,miriady muszek czy komarów (skłamałbym mówiąc, że p a m i ę t a m) pomieszana z bielą skał,odcinającą się od zieleni uczepionych na górze drzew:

nieopodal był amfiteatr z swoją galerią ławek, z ideą miejsca publicznego nie wiem, co było istotniejsze czy kamieniołom, czy galeria amfiteatru, były lata może jeszcze 70-te a może już 80-te rozmazana twarz na szybie, zapach skaju, pewna dziewczyna przede mną, skaj brązowy, nagrzewający się i pachnący w upale w sposób niezapomniany to znaczy nieznośny do czego, można było dołączyć zapach smarów, oleju czy ropy która przedostawała się jakimiś szczelinami z podwozia, na przodzie był szeroki garb miejsce między kierowcą a dwoma krzesłami pasażerskimi z prawej strony, były to miejsca uprzywilejowane ponieważ zasiadały tam, tylko ważne osoby jak nauczyciele, przewodnicy wycieczki czy wychowawcy kolonijni a w tym przypadku to zachodziło, rozdawali zapobiegawczo awiomarin i ja każdorazowo żałowałem, że nie mogę dostać aviomarinu, gdyż musiałbym skłamać, że cierpię na zaburzenia komunikacyjne, a trzeba powiedzieć też , że obdarzenie uwagą tych ,,jakże nad zbyt delikatnych, wręcz oranżeryjnych istot”, które zwracały do woreczków, ledwie autobus ruszył, lub po kilku zaledwie minutach jazdy, które trzeba było wyprowadzać a najlepiej uprzednio zatrzymać autobus ,, kiedy, kiedy wreszcie w końcu dojedziemy” a więc zwracanie na siebie powszechnej uwagi wydawało się, czymś powiedzmy niemoralnym, poniekąd wyłudzaniem i budziło w mnie skryte oburzenie, jako zachowanie egoistyczne łamiące solidarność grupową, która oznaczała min. że nikomu nie należy się nic więcej niż innym.
Jednak osobliwa pogarda mieszała się skądinąd z zazdrością, poniekąd zazdrościłem tym, jakże skupiającym na sobie uwagę, sam mając w sobie pewną nieuchronną i niejako bezwiedną świadomość, że najlepiej używać odruchowo barw ochronnych, kamuflażu wtopić się większość, nie wyróżniać, mówiąc dosadnie nie zwracać na siebie uwagi w żadnej mierze.
Moim ulubionym zajęciem gdyż, chyba była tam fontanna niewielka z jakąś figurą pośrodku, było przyglądanie się sunącym po niewielkim zatęchłym kręgu wody marmurze a więc przyglądanie się jak niewielkie owady, nartniki bezszelestnie z gracją łyżwiarzy suną po wodzie, bezszelestnie bez śladu, najmniejszego dźwięku, utrzymując się na swoich szeroko rozstawionych kończynach.
Wydaję się, przed końcem dwutygodniowych wakacji, turnusu już nie było wody w tym niewielkim marmurowym oczku, wyparowała nie zasilana żadnym bieżacym dopływem, raczej białość niż szarość, mimo, że szarość wciaż tkwiła w powietrzu szarość lat wcześniejszych jeszcze zanim przyszedłem na świat. Ale, już można było choćby nieśmiało nabrać powietrza.

Wybiegliśmy więc ławą a raczej chmarą, krótkie rozprostowanie kości, sposób na nabranie powietrza w gęstniejącym zmroku, nie pamiętam dokąd jechaliśmy, zapewne w góry Kłodzkie może w okolice Jeleniej Góry, może w góry Sowie.

Patrzyłem na nią intensywnie, postanowiłem, że jej się przyjrzę, że się zapoznamy w jakiś sposób stanowiła nagle najciekawszy, najbardziej frapujący moment całego tego wyjazdu.
Ale, jaką miała twarz?
Nie, wiem- nie pamiętam.
Zapewne coś, natchnionego jak ten pochmurny zmierzch z tkwiącym w nim na obrzeżach chmur deszczem, gdzieś na dla mnie bezwiednie przerażających rubieżach cywilizowanego świata, ponieważ góry uwielbiałem, miałem do nich stosunek wręcz bałwochwalczy, ale jej twarz musiała być nieco natchniona, lekko surowa, z wystającymi kośćmi policzkowymi, chyba włosy czarne jak najbardziej.
Wybiegliśmy ławą a raczej czeredą, krótkie rozprostowanie kości, sposób na nabranie powietrza w gęstniejącym nieubłaganie zmroku, nie pamiętam dokąd jechaliśmy,mogły to być góry Kłodzkie może okolice Jeleniej Góry, może góry Sowie.

Pamiętam,że dziewczyna która mnie urzekła, chociaż nie umiałbym dokładnie odtworzyć jej twarzy, przez cały ten turnus, z wirze zajęć, marszów, zwiedzania oraz innych zajęć, rozdzielona odemnie przelotnie tylko migała gdzieś na widnokręgu, czy to był jakiś pałac, kompleks po pałacowy w którym rozbiliśmy się wędrownym, kolonijnym obozem z obowiązkiem co wieczornych ablubcji, nogami poranionymi przez jeżyny, odciskami, sennością o poranku, zapachem kawy zbożowej i metki, której nie cierpiałem w chłodnej nieprzyjaznej jadalni, gdy trzeba było wstawać o określonej godzinie, tęsknotą za domem, mimo zaledwie tygodniowej nieobecności, ktoś zgubił czy ukradziono mu wszystkie pieniądze,telefony do domu, rozpacz a sprawa wynikła czy została dostrzeżona i zgłoszona jeszcze w autobusie, zanim dojechaliśmy na miejsce, a może to ja byłem tą osobą którą okradziono i która dzwoniła potem do domu, żeby przysłali pieniądze-żyjąc na bieżąco za pożyczone od jakiegoś czy jakiejś wychowawczyni, nie pamiętam jakie to ma zresztą znaczenie, mogłem więc być to nawet ja: a nawet jak nie byłem to “ja” zlewało się z innymi zwykle odrębnymi bytami, które mnie otaczały wokół, niezależnie od mojej woli, czy tego co o tym myślałem, gdyż zdegradowany albo podniesiony do rangi “członka turnusu”, czułem się elementem, trybikiem a nie osobną egzystencją, i z jednej strony było to kojące, co mnie zaskakiwało, a z drugiej niepokojące, co mnie również zaskakiwało,mam na myśli sprzeczność uczuć, jakaś ich dogłębną nieuzgadnialność ją widywałem doprawdy rzadko i w nagłym porywie uczuć, uświadomiłem sobie, że melodramatycznie brak mi tej niepoznanej bliżej egzystencji, która wraz z parą swoich przybocznych przyjaciółek odpłynęła gdzieś za widnokrąg innej grupy, gdyż podzielono nas od razu na grupy, tak właśnie i mogliśmy się nie spotkać już aż do końca, zwłaszcza że skrzydło damskie, czy raczej dziewczyńskie znajdowało się oddzielnej części pałacu, patrzyłem na wysoką trawę w której krowy pasące się tutaj przed nami pasące się także nadal, tylko w górnej części łąki, pozostawiły swoje odchody, ciepłe, krągłe placki w które wdepnąć oznaczało ubabrać się po nogawki w najgorszym razie, w razie braku szczęścia a było to łatwe, ponieważ w wysokiej trawie nie było widać, gdzie kryją się pociski roślinne, zostawione przez nieszczęsnych przeżuwaczy, kryj się wołaliśmy, mina albo ,,panzerfaust”, kto wdepnął ten był nieboszczykiem, w tej grze, nie żył umarł i już, gdyż w czasach o których mowa, większość gier była wojenna, grało się w ,,śmierć” i tak, kto wszedł na minę przeciwpiechotną, ten wypadał z gry, jeżyny wczepiały się w spodnie i ręce,osty obłaziły równie skutecznie jak i leśne owady,pokrzywy sięgające pasa, odparzenia,skręcenia kostek,zwichnięcia stawów,nagłe alergie, porażenia słoneczne, czy zwykłe oparzenia od nadmiaru słońca a słońce świeciło intensywnie nad niewielkim kręgiem łąki, w dole zieleń a w górze błękit, rano gimnastyka nie do uniknięcia, jej nie widziałem, widywałem ją coraz rzadziej i zdaję się wracaliśmy nawet innymi autobusami, ponieważ autobosów było co najmniej dwa, jak nie trzy w jednym turnusie. Właściwie nie umiałbym odtworzyć jej twarzy. Kiedy wyruszaliśmy, było to z a w s z e niepokojące, do którego wsiąść autobusu, czy pierwszego czy ostatniego a może środkowego, przeprowadzałem błyskawiczną kalkulację, tak się składało, że miejsca nie były przypisane do osoby, i można było sobie wybrać, i chwila gdy kolumna wyruszała z miasta w stronę gór, był zarówno ekscytujący jak i przygnębiający, twarze odprowadzających, czyje twarze najbliższych, zwykle dziadków, może matki ojca nigdy.
W chwili gdy rozpoczynała się podróż twarze się rozmywały, znikały za szybą, stawały się na przynajmniej jakiś czas, rzeczywistością niedostępną.
A kiedy wracałem świat do którego wracałem wydawał się nierealny przynajmniej przez jakiś czas, ponieważ wnosiłem w niego doświadczenie, którego nie miał on w sobie.
Każda podróż i wyjazd coś odbiera, temu kto wyjechał. Zasadniczo najlepiej nigdzie się nie wybierać, gdyż raczej się traci niż zyskuje.

03.2017

Pragnienie

Pójść na pocztę, nadać list.

Musiałby się uderzyć, w pierś nie wiadomo, kiedy napisał list, zresztą to akurat w jego przypadku nic dziwnego, Od dziecka nie znosił pisać do nikogo, nawet pocztówki znad morza, wakacji, z gór, które należało wysłać, gdyż niewysłanie byłoby nietaktem wywoływały u niego, przenikliwy paroksyzm niechęci, musiał się przemóc, siedzieć, długo, nad prostokątem papieru, deliberować, odwlekać, ażeby skreślić kilka banalnych słów. O! Nie wiadomo, dlaczego , teraz kiedy to sobie przypomina, do głowy przychodzi wspomnienie oranżady, czerwonej w foliowym woreczku z słomką, albo w butelce. Cóż, za wspomnienia dopadające go drapiącą słodyczą w gardle, orzeźwiającą. To, zabawne jak tak  nieważne, nieforemne wspomnienia , a raczej wrażenia, zapisane w jeszcze nieuformowanym, nie ukształtowanym systemie nerwowym, zajmują tyle miejsca.  Powiedzmy, że kiedy zapada się na Alzheimera (Alzheimer, jako metafora , stopniowej utraty świata, zawsze skądinąd go fascynował) traci się, to kim się było, kim się jest wszelaką identyfikację, staję się czymś nowym, innym formą życia, która niejako odbywa długą mozolna drogę wstecz do pierwotnej niezróżnicowanej magmy spostrzegania. Co, jest w tym fascynującego? Czyż, nie zostało napisane, ,,Jeśli nie staniecie się jak dzieci boże , nie wejdziecie do królestwa Bożego” Otóż znał, sposób na to. Alzheimer. Jeśli chodziłoby tylko o to, to sposób aby osiągnąć stan zbawienia , był on już dany. Wystarczyło zajść do dowolnego domu starców, hospicjum czy innego przybytku. Bez urazy, ale to, nic wymyślnego.

Następny obraz.

On w spodniach sztruksowych kopiący piłkę, żonglujący nią kolanami, podbijający. To, naprawdę jakieś retro, być może konfabulacja, ponieważ, nigdy nie szalał za piłką nożną, aczkolwiek, nie mógł oderwać wzroku na Zarzeczu, gdzie był sklep sportowy, i były piłki. Ależ się prosił, nalegał, marudził. Jednak gra była nieco samotnicza, odbijanie piłki od ściany, podwórka zamkniętego z obu stron a raczej trzech ścianami kamienic, a z jednej zielonym, blaszanym płotem za którym była ulica. I ilekroć piłka wybiegła, przeleciała, nad płotem trzeba było po nią biegać. Rzecz jasna było też, tak że grał z chłopakami. Ale wtedy zaczynał się martwić. Istniało przecież ryzyko, że zostanie przejechana przez jakieś auto w chwili, kiedy wylatywała nad metalowym płotem o zielonych prostokątnych wypełnieniach opuszczając, ten tak dobrze znany i oswojony kawałek przestrzeni.

Niewielkie wysepki trawy wśród łysej, ziemi udeptanej nogami od gry w piłkę, gry w państwa-miasta lub statki: na noże, skuś baba na dziada, trafił na żyda, wtedy czuł się dziwnie, chociaż nie wiadomo dlaczego, kiedy rozlegał się okrzyk, ,,skusił na żyda”, “żyd, żyd” rozlegało się wtedy, ,, skusiłeś”kiedy nóż nie wbił się w ziemię, tylko osunął lub odbił od ziemi: I wywijając mniej czy bardziej poręczne koziołki frunął w powietrzu.

Rzecz jasna skucha, skusić, nie trafić, chybić:to była strata kolejki, gra toczyła się dalej, ale bez tego, kto skusił, nie trafił, aż do chwili kiedy wszyscy inni już rzucili, wtedy niefartowny gracz znowu otrzymywał szansę, aby posunąć się dalej przemierzając ziemię, czarną, udeptaną-nie, stop kłamie, bardziej popielatą, jak się okazało, czego nie uczono go na lekcjach geografii, była to zaledwie cienką warstwa, narzucona na warstwę właściwą, jak się okaże z biegiem czasu, pod warstwą ziemi w której częściej się trafiało na kawałki twarde, pod którą spoczywały, o czym nie wiedział, bardzo długo gruzy istniejącej w tym miejscu jeszcze kilka lat po wojnie, kamienicy. Ciężko się grało na tym kawałku, ziemi barwy szarej, wydartym z pomiędzy dwóch kilku piętrowych kamienic, gdzie cień zalegał to z jednej to z drugiej strony w zależności od pory dnia, co przypominało grę w chowanego. Jeśli się wyszło rano, cień był po lewej stronie i lewa strona podwórka tonęła w granicie, podczas gdy prawa strona była pogrążona w słońcu, którego blask przypominał sprane dżinsy suszące się na rozciągniętych w głębi sznurach, co stanowiło wieczną przeszkodę w grze zwłaszcza gdy, sznury przebiegały przez terytorium na którym się grało, gdyż piłka wpadała w schnące pranie, prześcieradła itd. a za nią pełne oburzenia głosy właścicieli wywieszonych rzeczy. Również gra w państwa-miasta, czy statki była utrudniona. Mimo, to wszyscy grali z ogromnym skupieniem, w jakimś lunatycznym transie oddając się grze całkowicie.Zdobywali państwa i miasta, strącali cudze statki i forsowali swoje. Grali w wojnę i w podbój.W tamtych czasach, liczba ludzi posiadających auta, była równa obecnie liczbie posiadających stałą, pewną pracę.

A więc niewielka.

Ale, pewna szansa istniała, a raczej ryzyko i ktoś, kto był bliżej rzucał się do płotu, przeskakiwał go, niczym skaczący przez kozła lądując po drugiej stronie rzeczywistości, świata gdzie wrzał ruch (niewielki, ale zawsze) w szarości pozbawionej odcieni, przebiegał trawnik po drugiej stronie, betonowe płyty chodnika, które wznosiły się i opadały niczym fale, wypuczone z swoich miejsc, z zastygłego morza kraju socjalistycznego cudu, spacerowali dogłębnie nudni dorośli, nieodmiennie zdziwieni, piłką która nagle wypadała na ulicę, wiele razy pod koła rzadko ale się pojawiających samochodów, jednak nigdy jakoś nie została nadwyrężona, nikt jej nie najechał każdorazowo wstrzymywaliśmy oddech

a świat po drugiej stronie blaszanego płotu, był również taki jak tutaj, miał barwę popielatą, wyschniętego betonu czy granitu, kamienice były popielate, zwłaszcza latem, woda sodowa z saturatora, fontanna w parku, brązowe szyszki na ścieżce, zieleń żywopłotu, topole, łąki i wylewy nad rzeczne miały odcień popielaty, niczym habity szarytek:

jedynie zdjęcia były czarno-białe ale, nie: i one były jakoś popielate, popielato szare, wraz z upływem czasu, wyblakłe niczym wygasający popiół w piecu kaflowym w jego pokoju dziecinnym.

Trzeba , powiedzieć, że bardzo się trząsł o swoją piłkę.

Po, pierwsze to była jego dumą (mało kto miał). Po drugie bał się, że szybko zniszczeję od kopania i przestanie być tak atrakcyjna.

Była, nowa, niesłychanie nowa i uważał, że nie istnieje druga taka piłka na świecie.Jej, czarno –białe skórzane łaty, napawały go dumą. Sprawdzał, czy szwy nie puściły za każdym razem, gdy wracał z podwórka.

Wiedział, że skórzane rzeczy się pastuje, widział to na przykład buty, buty się pastuje, wtedy są trwalsze i w prostocie pytał, czy można również piłkę pastować, ależ nie usłyszał, ona jest od tego, żeby ją kopać, służy do gry.

Kładł ją pod ścianą czy na podłodze i z skupieniem w milczeniu , długo się jej przyglądał.

Przeszłość, to skład obrazów.

Nic, c o b y ł o już nigdy nie będzie rzeczywiste, ponieważ stało się historią, a to co nadejdzie wydaję się równie mało, prawdopodobne, to znaczy nieprawdopodobne, wyobraźnia jest tutaj wyraźnie bezradna, ponieważ zawsze wybiega do przodu albo zostaje z tyłu, wydarzeń, które się właśnie dokonują. Napisał ,,ja” o sobie sprzed lat, ale to nieco zwodnicze ponieważ na ile, jest to tylko po pierwsze obraz , po drugie, czy tamten sprzed lat, żonglujący piłką, gdyby podszedł i się przywitał, poznałaby go, siebie ujrzał w nim, dostrzegł? Śmie wątpić i to jest w porządku. Tamten dziesięciolatek ,nigdy się już nie zmieni, pozostanie czupurnym dziesięciolatkiem, zapatrzonym w biało- czarną piłkę, na wystawie sklepu sportowego. Nieważne, czy ją w końcu dostanie czy nie (dostał) i jak długo trwała historia z tą piłką. Ktoś ją przebił, przejechał ją samochód, spleśniała w kącie, jakimś kartonie czy na pawlaczu. Znudził się, ktoś inny przyniósł inną piłkę. Być, może coś innego go zajęło, zaabsorbowało. Chodzi, o pragnienie, pożądanie, chęć posiadania, ogarnięcia.  Kiedy dorastasz, chodzi z reguły o jakieś już większe rzeczy. A jednak pragnienie jest zawsze takie samo. Kiedy jesteś dziesięcioletnim chłopcem, dotyczy piłki, roweru, albo jakiejś innej rzeczy. Potem zmienia swój wyraz, kiedy powiedzmy, wchodzisz w wiek trzynastu lat, albo nawet nieco wcześniej.

Pragnienie zmienia kształt, ale wciąż pozostaje pragnieniem.

03.04.2017

Wiosenny remanent w koszu literackim

Zajrzałem do rupieciarni czasami ją przeglądam. Natrafiłem na rzecz zarzuconą a przecież istotną,  ale mimo to poniechaną ponieważ, ponieważ..No, właśnie.

Ażeby, całkiem nie zapomnieć, iż istnieje tekst nieskończony: sobie, tutaj umieszczę fragment, a ktoś może przeczyta. Motto znalazło się dzisiaj, ponieważ natrafiłem na to opowiadanie Kafki i przykuł moją uwagę ten twór zdaniowy, który perfekcyjnie ujmuję coś bardzo znaczącego. Stąd, użycie jako motto.

Fragment, bez auto-korekty surowy a zarazem powiedziałbym skończony.

“Zawiadowca” (fragment)

Motto: “..Niezupełnie w środku schronu, przemyślnie urządzony dla odparcia ostatecznego niebezpieczeństwa, może nie na wypadek pościgu, ale w razie oblężenia, znajduje się główny dziedziniec. Gdy tamto wszystko w większym może stopniu jest rezultatem pracy umysłowej aniżeli fizycznej, główny plac powstał jako rezultat najcięższego wysiłku mego organizmu i wszystkich jego części.”  “Schron” Franz Kafka

Byłem niedawno w Besarabi- zaczął Podróżnik. Dziki dziwny kraj. Ludzie nieużyci ,dużo żebraków. Obracam się między kupcami ale siłą rzeczy byłem tu i ówdzie. Arystokracja jakby to powiedzieć pocieszna. Zrzynają wszystko skąd się da. Od ubrań po maniery.Skądinąd mogę dokonać porównania chociaż nie jestem arystokratą. Oglądają się wciąż na Paryż. Wyjechałem jednak zadowolony. Udało mi się zawrzeć pomyślne kontrakty na zboże i bydło. Właściwie nie wiem czy to kraj czy plantacja.

Spojrzał jeszcze raz na druty kolczaste, strzępy ubrań i walizki oraz torby podróżne. Puste wybebeszone i najwidoczniej porzucone. Ktoś, kto był ich właścicielem porzucił je lub zostawił a on wędrował teraz w tym krajobrazie między nagimi polami z bruzdami zaoranej ziemi kuląc się od zimnego wiatru niosącego mokry późnozimowy śnieg. Było czystą głupotą porzucać dom Zawiadowcy (w końcu to było pewne, że tylko on mógł udzielić zadowalających wyjaśnień, co do tego, co się działo), ale nie mógł już ścierpieć dłużej poufałości Podróżnika. Swoją drogą, z co za ludźmi styka człowieka los. Jednak skoro już tyle przeszedł należało iść dalej. Przez zadowalające wyjaśnienia rozumiał takie, które byłyby najbliższe rozgrywającym się wydarzeniom. Cała reszta była wyłącznie namiastką. Przypomniał sobie trwożliwe dysputy pasażerów wygłaszane półgłosem domysły, lękliwe spostrzeżenia i pewne bufonady zapewnienia,, że tak ależ tak właśnie o to chodzi w tym wszystkim o nic innego,,. Niektórzy byli pewni, że znają odpowiedź na pytanie, kiedy skończy się wszechobecny bałagan, opóźnienia pociągów, wyczekiwanie na stacji i to, kto i gdzie pierwszy odjedzie… Ponieważ, w jakiej kolejności nadjadą gdzieś wstrzymane pociągi tego wiadomo nie było. Ażeby wszystkie naraz przecież możliwe nie było. Wszedł na stację. Była otwarta na zewnątrz i wewnątrz kłębił się tłum. Słyszał Pan słyszał? –Zawołał jakiś mały człowieczek w futrzanym płaszczu i kapeluszu. Jego głos był nieco piskliwy twarz blada nieco zapadła a kiedy zdjął kapelusz w trakcie jak mówił gniotąc go nerwowo w rękach ujrzał, że łysieje. Natomiast jego nos był duży orli i nadawał całej twarzy jej wyraz a mianowicie sprawiał, że człowiek ów przypominał nieco marabuta. Widział kiedyś w jakimś podręczniku tego ptaka. Jak się zdaję wywodzącego się z Afryki. -Mówili, nie przepraszam (poprawił się) mówi się, że dzisiaj i to nie za niedługo już za jakieś dwie godziny przyjedzie mój pociąg. Wyobraża Pan to sobie? Stał wpatrując się w niego z jakimś wyrazem ożywienia jakby usłyszał, że wygrał właśnie fortunę na loterii. –Ach tak-odparł na wpół uprzejmie a na wpół zbywająco. Postanowił odnaleźć bar kolejowy i zjeść śniadanie. Nie zrezygnował z śniadania tylko po prostu opuścił dom Zawiadowcy w związku z zmienionymi okolicznościami. Na tyle zmienionymi, że uczynił to bezzwłocznie. Rzecz jasna nadal nie mógł wyrzucić z głowy ot tak gospodyni a zwłaszcza jej ciała obdarowującego go skrytą pieszczotą. Co jednak na to Zawiadowca?. -Tak, tak-zawołał ów człowiek najwyraźniej w dwójnasób podekscytowany jego odpowiedzią. –A Pan, Pan, co o tym sądzi?- Zapytał wpatrując się w niego wręcz zachłannie. To sprawiło, że spojrzał na tego człowieczka uważniej. -A, czemu coś mam sądzić? Lub nie sądzić? Drogi Panie.-Powiedział to prawi e z gniewem.-Czemuż Pan mnie o to pyta jakbym nie był tylko jednym z podróżnych? Proszę się zwrócić gdzie indziej. Człowieczek z kapeluszem w rękach nadal wpatrywał się w niego najwyraźniej z zachwytem. On jednak wyminął go gdyż uznał, że natrafił na jakiegoś zupełnie zwariowanego osobnika. Cóż, można i to było jakoś zrozumieć. W końcu człowiek ten czekając na pociąg, który się spóźniał mógł na ten przykład postradać rozum. Dlaczego nie? Nie takie rzeczy się wydarzały! O tak. Dopóki nie zaczął czekać na pociąg był najzupełniej normalny (to oczywiste) wiódł swoje życie, w którym było miejsce i na przekleństwo i na radość i na łzy. A teraz z wyrazem bezmiernego a w istocie głupkowatego uśmiechu nieschodzącego z twarzy tkwił na tej stacji, która była matką wszystkich stacji niczym mucha, która uwięzła w lepie. Nie on jeden wystarczyło się było rozejrzeć wokół. Tłum kłębił się i przesuwał z miejsca na miejsca. Niektórzy chodzili inni siedzieli na pozór spokojnie. W powietrzu unosił się zapach perfum, potu i tłumu. Z tego, co nazywa się zapachem tłumu trudno wyodrębnić jakieś składniki, ale jest coś, co można wychwycić. A mianowicie zapach strachu. I to było coś, co od razu nieomal od progu zaatakowało i sprawiło, że po wejściu do środka chciał wyjść na zewnątrz. Strach jest niczym narkotyk. Wciąga i udziela się łączy i paraliżuję. Sprawia, że po jakimś czasie człowiek przestaje myśleć racjonalnie więcej zaczyna nieomal myśleć zbiorowo. Jego myśli są tylko ćwierć ułamkami myśli wielu ludzi. To właśnie sprawiło, że po wejściu odruchowo się cofnął. Jednak, jeśli chciał zjeść śniadanie (zważywszy, że śniadanie w domu Zawiadowcy przeszło mu koło nosa) musiał się tutaj rozejrzeć. Kiszki grały mu już całkiem niezłego marsza. Nie zanosiło się na to, żeby to było łatwe. Przeciskał się przez tłum zbity niczym salami. Gdzieniegdzie potworzyły się grupki dyskutujących zawzięcie gdzie indziej znów niedoszli przyszli (jeden Bóg wiedział, o jakim statusie) pasażerowie siedzieli na walizkach to znów płaszczach kołdrach, kto tam, co miał. Kiedy szedł w kierunku środka gwarnego dworca rozległ się gwizd pociągu? Jeszcze dobiegający z daleka z zupełnej oddali przeciągły jak senna mara. Na ten dźwięk wszyscy zwrócili głowy w stronę wyjścia na perony. Patrzcie-zakrzyknął jakiś chudy i wysoki osobnik w płaszczu z odprutymi patkami na wyłogach płaszcza. –Jadą. Na ten okrzyk nieomal większość a nawet więcej niż większość pasażerów zerwała się z posłań, nielicznych ławek i bagaży. Pochwyciła je i zaczęła biec w stronę wyjścia z poczekalni dworcowej. Nieomal sam to zrobił właściwie wykonał dwa czy trzy niezdecydowane kroki w kierunku wyjścia, kiedy usłyszał blisko dobiegające zza jego pleców jak się zdaję pogardliwe prychnięcie: -Nie da się nic zrobić. Znowu to samo. Słowa te należały do człowieka, który paradował w mundurze kolejarza przynajmniej takie sprawiał wrażenie jednak nie wydawało się, aby był kolejarzem. Brak mu było zwykłej poczciwej kolejarskiej rubaszności. Niemniej ubrany był w mundur, który przynajmniej z daleka przypominał mundur kolejarski nawet, jeśli zdekompletowany czy jakoś fragmentaryczny. Nie on jeden sprawiał wrażenie jakby składał się, jeśli chodzi o garderobę z różnych jakby to ująć niepasujących do siebie kawałków. Jednak w czasie wojny ( a że jest to wojna z niejaką rezygnacją, ale w końcu przyjął do wiadomości Przybysz) nikt nie wybiera (mówiąc eufemizmem), w co się ubiera. Moda z początku wieku wręcz wydobyta z dna szaf gdzie spoczywały ubrania prababć mieszała się z zupełnie nowoczesnymi krojami. Znowuż słowo nowocześnie było również względne zależało, z jakiego punktu widzenia na to spojrzeć. To, jeśli chodzi o kobiety, co do mężczyzn ubrani byli bardziej ascetycznie. Niektórzy mieli przepaski na rękach. Zauważył t o już wczoraj, ale dzisiaj dopiero niejako zwrócił uwagę bardziej szczegółową na ten wątek, jeśli można tak powiedzieć otaczającej go rzeczywistości. Od razu też zapytał, ponieważ miał to w zwyczaju: -Jest Pan może kolejarzem? Pytam, ponieważ jeśli tak to mam zaszczyt i przyjemność spotkać w ciągu ostatnich godzin już drugiego przedstawiciela klasy kolejarskiej a sam Pan przyzna, że w tych okolicznościach …tak długotrwałego pobytu na dworcu … o niewiadomym końcu.Otóż, staję się to … Pan oczywiście… -Niezupełnie, chociaż bardziej tak, niż nie-odparł przerywając potok jego wymowy nieco jak się wydawało wyniośle kolejarz. Teraz, kiedy podszedł bliżej ujrzał, że jego mundur jest bardzo sfatygowany. Więcej sprawia wrażenie jakby z kogoś go zdarto bynajmniej się nie przejmując się, jakim sposobem a potem ponownie założono. Na myśl jak ów mężczyzna wszedł w jego posiadanie cofnął się nieco do tyłu. Była to ogorzała, kanciasta prawie kwadratowa i szczeciniasta twarz. Pod kaszkietem spoglądały bystro błękitne jak niezapominajki oczy. Również sylwetka była nieomal kwadratowa. Nawet, jeśli ten mężczyzna nie był kolejarzem próby zwrócenia na to uwagi mogły się źle skończyć. W kieszeni płaszcza narzuconego na kolejarski mundur dostrzegł Przybysz wypukłość, która skojarzyła mu się z tylko z jednym. Większość pasażerów zwabiona dźwiękiem pociągu wyległa na perony. Ludzi było tylu, że co niektórzy spadali spychani z peronu na tory. -Dokumenty powiedział kolejarz. A widząc jego zdziwienie rzucił szybko i niecierpliwie. No, raz, raz. Nie mamy zbyt wiele czasu. Przybysz osłupiał. Być może z tego osłupienia a być może z powodu, którego nie umiałby podać wyciągnął swoje dokumenty i wręczył je bez słowa mężczyźnie, który nagle zaczął zasłaniać sobą nie tylko wyjście na dworzec, ale i jakby całą tą sytuację. Mężczyzna wyciągnął latarkę i mimo, że był dzień poświecił sobie oglądając jego dowód osobisty. Spojrzał na tył i pokręcił głową z dezaprobatą. Teraz spojrzał na niego. Powoli jego twarz rozciągnął uśmiech powolny jakby mięśnie się naciągały każdy z osobna. Przybysz miał wrażenie, że upłynęły nie sekundy czy minuty, ale godziny. Teraz jak zauważył płaszcz mężczyzny sprawiał wrażenie będącego w całkiem w dobrym stanie a i mundur nie wyglądał na tak zniszczony jak uprzednio. Kolejarz-Oberwaniec (jak go sobie w duchu zatytułował) zaczynał przypominać kompetentnego urzędnika kolei..W każdym bądź razie urzędnika. -Pan ma papiery –powiedział niezwykle powoli przeciągając spółgłoski. Powiedział to tak jakby ten fakt (dotąd tak oczywisty dla Przybysza wprawił go w niejakie zdumienie, żeby nie rzecz zakłopotanie). Tego się podważyć nie da. Jednak.. (Zawiesił głos i wpatrzył się w niego zupełnie jakby chciał go wysondować do dna) …Póki, co..Tak. Coś oczywiście trzeba będzie z tym potem zrobić. Tutaj zamachał w powietrzu tym, co przed chwilą podał mu Przybysz. To nie są …niech Pan mnie źle nie zrozumie. Najlepsze papiery. Widywałem już lepsze. Tak…Nie chcę przez to powiedzieć, że coś tutaj jest nie w porządku. …(Teraz otworzył jeszcze raz dokumenty przybysza i ponownie zaczął je wertować). Jednak Pan rozumie..Musimy sprawdzać … Przybysz nie bardzo pojmował, dlaczego w ogóle podał swoje dokumenty temu oberwańcowi, który z minuty na minutę zaczynał się coraz bardziej jakby to ująć panoszyć. Było to zupełnie niejasne wrażenie, lecz coraz bardziej dojmujące spotęgowane być może tym, (że za wyjątkiem kilku osób w większości byli to schorowani starcy trochę Kobiet i wraz z nimi dzieci) w poczekalni kolejowej nie było nikogo poza nimi większość pasażerów wyległa na zewnątrz. W kasach rzecz oczywista nie było nikogo, kto by teraz usiłował oczekiwać jakiś działających kas.. Dobrze, że chociaż dworzec jeszcze był…. Zabite płytami dykty tkwiły martwo i nieruchomo za żelaznymi okratowaniami. Proszę oto one –powiedział kolejarz-oberwaniec wręczając mu jego własne dokumenty jak by to on sam je osobiście mu wyrobił i wydał. Będzie się Pan musiał jeszcze zgłosić po pieczątkę –dodał. Jaką pieczątkę?- Wyjąkał zdumiony przybysz. Każdy musi mieć pieczątkę-oświadczył kolejarz- oberwaniec. Bez pieczątki daleko Pan nie zajedzie. Kłopoty z aprowizacją.. Z wszystkim przekona się Pan. W takich czasach żyjemy i w takim świecie. Porządek, porządek przede wszystkim. Niech Pan spojrzy, co się tam dzieje-to mówiąc wskazał na perony przed poczekalnią. Istotnie były zalane ludzką ciżbą. Tłok i gwar. –Jak Pan myśli, dlaczego nie respektują rozkładu jazdy? -A, więc istnieje jakiś rozkład jazdy?- Zawołał z ulgą Przybysz. Zdążył już zauważyć, że zdjęto już a raczej zerwano tablicę rozkładu jazdy pociągów, którą widział jeszcze wczoraj. Na jej miejscu ziały dziury po hakach. Obłamany fragment dostrzegł w kącie przy drzwiach wyjściowych. Ku swojemu zdumieniu dostrzegł, że miejsce na ścianie poczekalni gdzie wisiał przedtem rozkład jazdy jest zamazane czarną farbą. -Rozkładu jazdy nie ma-oświadczył niby kolejarz. To my ustalamy, kiedy pociągi przyjeżdżają a kiedy nie. Co do Pana natomiast –powiedział-nie spodziewałbym się szybkiego wyjazdu? Jest Pan daleko na liście.

II

Nieomal pozazdrościł Podróżnikowi, który być może a może niedługo rozstanie się z tym światem. Naprawdę upiekło mu się i to małym kosztem. Wylądował miękko nieomal w puchu. Został poturbowany w czasie krótkiej rozprawy przeprowadzonej pięść mi, nogami, kolanami, butami i kolbami karabinów przez prostaków w swoim fachu, którzy łamali kości tak jak się łamie dyszle od wozu sztachety w płocie czy kark cielakowi. Tutaj natomiast oczekiwał go ciąg swoistych tortur. Nie tylko cielesnych. Nerwy. Dopiero w trakcie przesłuchania człowiek uświadamia sobie jak piekielnym wynalazkiem jest jego własny system nerwowy. Jak niezawodnym oprawcą. Zdrajca czai się wewnątrz własnego ciała. Każdy ma go w sobie z sobą nie rozstaje się z nim ani na chwilę .Jedząc śpiąc wstając z łóżka i kładąc się do niego. Skąd wiedział, co go czeka nie wiedział skąd po prostu wiedział jakby to było oczywiste. To jednak nie było wszystko. Zeszli ku jego zdumieniu otóż nie wyszli na zewnątrz ale zeszli w dół do podziemi dworca. „Więc to tak. Jak najmniejsza przestrzeń wykorzystana zupełnie niejako bez elementów zbędnych i bezużytecznych. Przejdę przez to z godnością pomyślał”. Korytarz zaczynał się u dołu schodów i wiódł aż do czegoś na kształt przejścia skąd rozwidlał się w dwóch kierunkach. Siedział tam przy stoliku człowiek ,który nie podniósł nawet głowy na ich widok. Cały czas coś pisał a dokładniej wodził piórem wiecznym po papierze. Mogły to być książki w których odnotowywano wszystkich wchodzących i wychodzących, księgi zamówień a być może zwykłe zeszyty w których urzędnik (urzędnik?) kreślił swoje myśli (kreślił czyli zapisywał i skreślał?) a może zwyczajnie pisał właśnie list do żony a może ukochanej …Wszystkie myśli tego rodzaju przemknęły mu przez głowę ale szybko, błyskawicznie a zarazem angażując ledwie część jego umysłu. Rozmyślał intensywnie gdzie się znalazł a raczej gdzie za chwilę się znajdzie. Otóż , to.

Już teraz zaczął zazdrościć ludziom którzy zostali na dworcu chociaż jeszcze kwadrans temu ich położenie ( i jego samego również) wydawało mu się nieznośne. Na siatce drucianej oplatającej żarówkę zawisło kilka much. Trupich muszych trupków. Kątem oka przyjrzał im się z jakimś natężeniem. Jeśli można tak to określić nie mógł się przestać przyglądać. Nagle popadł w stan dziwacznej ale elektryzującej euforii:„Jakie to niezwykłe”.- „Ja żyję”. A one już nie. Nie rozważał zimnego okrucieństwa swojej myśli raczej skupił się na ścianie przed którą stał teraz zwrócony twarzą (gdy w tym czasie jego eskorta, straż szukał właśnie określenia wdała się w przerywaną wybuchami śmiechu pogawędkę z człowiekiem przy stoliku: tak więc i siłą rzeczy nie mógł się do niczego innego odnieść) i zaczął z nudów wyszukiwać elementów które…Ujrzał natychmiast w załomie ściany pająka ale który również wyglądał jakby …zdechł. A więc nie tylko muchy. Co za miejsce. I co za pech zarazem. Nie żyją zarówno ofiary jak i drapieżniki. Poczuł jednak, że popada w mimowolny zupełnie nieoczekiwany i gorączkowy entuzjazm: Ostateczny ideał można by powiedzieć jedyny jaki można sobie wyobrazić…Myśli te przerwało mu brutalne szarpnięcie ,które oderwało go od ściany. Ruszali znów do przodu. Ponad nim jeśli można tak powiedzieć toczyło się nadal życie. Kilka metrów w górę słychać było kroki chodzących lub biegających ludzi, gwar głosów niecierpliwą codzienną krzątaninę. A raczej wyobraził sobie powyższe odgłosy,gdyż siłą rzeczy nic podobnego ani nie było ani nie dało by się słyszeć przez beton, zbrojenie i warstwę ziemi.”

Yoruba , Tigrinia i Yedid Nefesh

House of the Head (Ile Ori Shrine). Z wierzeń Yoruba. Znaczenie, tego samo w sobie intrygujące. Przedostatnie to, pismo etiopskie. Wypis z mitologii (ilustrowany zdjęciem twins):

beji – w wierzeniach Jorubów z Nigerii bóstwo opiekuńcze bliźniąt. Lud Joruba wierzył, że bliźniacy obdarzeni byli jedna, niepodzielną duszą. Gdy z jakiegokolwiek powodu zmarł jeden z nich, matka zlecała artystom wykonanie dwóch figurek, także noszących nazwę ibeji. Według wierzeń Jorubów, zapewniało to dalszą egzystencję zmarłemu dziecku, które mieszkając w drewnianej figurce mogło współuczestniczyć w życiu swego lustrzanego odbicia. Z figurką bliźniaka obchodzono się zatem w taki sam sposób, jak z żyjącym dzieckiem – myto ją, żywiono, ubierano, nacierano oliwą.

pismoetiopskie.png.jpgP.S.

Poniekąd, jest to nawiązanie do wpisu o Kerteszu, ale w części o  stadium lustra. Swobodne meandry, częściowo wywołane, to zetknięciem się z osobą tej nacji (Yoruba), częściowo z pismem (na żywo) Tigrinia. Ale , o tym innym razem. Niezwykle intrygujące są, owe Ile-Ori-Shrine (House of the Head) ich znaczenie, którego usiłuję się doszukać, póki co w internecie. Prekursorem etiopistyki był w Polsce Isaac Weinberg (zm. 1943r.). Najbliższa jego książka jest w bibliotece w Manchesterze.

  • Yedid Nefesz, czyli w tłumaczeniu bezpośrednim ,,bratnia dusza”, ale też tytuł tekstu odczytywanego przed rozpoczęciem szabatu według sidduru , a tutaj translacja. To, co uderzyło, to rozbieżności w tłumaczeniach i tak: poprzez  początkowe poszukiwanie znaczenie Yedid Nefesz właściwie ten post, się zaczął  (po, czym powędrował w stronę napotkanych osób i ich nieznanych autorowi wpisu tradycji: czyli Yoruba i alfabetu Tingrini).
  • ” The kabbalists established that in saying these words, one should focus on receiving the additional Shabbat soul (on Shabbat a person receives an additional nefesh, ruach and nesham: the three levels of the soul).objaśnienie

 

Bradford 2.0 (opowiadanie)

Tak, – to jest w rzeczy samej, przybyłem do Grandford, Bożego miasta. Wjeżdżałem, pod przepięknie poczernionymi przez epokę stali i węgla, kamiennymi wiaduktami, tunelami, na których mech konkurował z płynącą zewsząd, wilgocią. Jakby, miniona epoka wryła się, i wgryzła w mury, krajobraz, kamień.

Od wejścia  przywitał mnie widok Norfolk Garden, na pierwszym placu  niepotrzebnie dużej fontanny, opuszczonej,  teraz nawet  przez gołębie, które w deszczowy dzień, wolą, kryć się na poddaszach, wszechobecna, szarość, kamienia z Yorkshire, który kolorem wpada w odcień, kości słoniowej, trochę, gaszonego wapna, i z którego jak z kości wydobytej z ziemi, wzniesiono całe miasto. Miasto fabryk, opuszczonych zaułków, niczym sen ślepca.

Przybyłem jak to się mówi, z krótką wizytą. Miasto było skryte za siną opończą chmur, na tle której pyszniły się białe pióropusze, fabrycznych  dymów z kominów.  Położone na wzgórzach, opadało i wznosiło się, zależnie, gdzie się trafiło i z którego miejsca było oglądane. Już, z pociągu było widać na tle, sinego nieba, biel dymów oraz chorobliwą, zgaszonego wapna, wraz z czymś, co trawiło, tutejszy kamień, zamieniając go w czarne, połacie zwęglonych cegieł.

Zaraz przy dworcu w pubie <<Queen>> spożyłem, gorzki napój, i ruszyliśmy coś, zjeść. Padało, dzień był, beznadziejnie szary, kamień szary, ulice szare. Fontanna skąpana w deszczu, idiotycznie, niepojęcie czynna, w chmurny, deszczowy dzień.

Im dalej w głąb, dalej od centrum, tym mocniej dostrzec się dało, zaniedbanie, rozpad, rudymentarny rozkład, toczący, zaułki i ulice. Jakby, porzucone miasto z jego fabryczną architekturą, stało bezwładnie w deszczu, ani się broniąc ani, niczego usiłując przedsięwziąć, schodząc do coraz bardziej, organicznej, podstawowej egzystencji. Komunikacja działała, autobusy krążyły, mijali się przechodnie, a jednak nad wszystkim, unosiła się jakaś aura,  zstępowania w niewidoczny obszar.

W knajpce , do której dotarliśmy, nieco po omacku, na oślep nie przebierając o niecodziennie dużej kubaturze,gdyż większość tego typu lokali jest niewielka, więc jak na pakistańską wytwórnię mięsa, które wraz z frytkami pochłonęliśmy szybko i niewzruszenie, był, to dość przestronny lokal. Deszcz opływał świat, ulice, nie na-jedzeni, ruszyliśmy znowu (po przystanku w następnym pubie), do pizzerii,  gdzie (polecam!), czekaliśmy, nieco znudzeni, na pizzę o wymiarach małego ronda, obserwując  kobietę w samochodzie, która przy trzasła, róg swojego sari drzwiami auta, auto ruszyło i odjechało wraz z powiewającym skrawkiem materiału,  siedziałem a raczej stałem, gdyż nie było miejsc siedzących, owiewany co jakiś czas zimnem dobiegającym z otwieranych drzwi, przez wchodzących i wychodzących klientów, zimnem typowo angielskim, które jest niezmienne za wyjątkiem ciepłych, ale dusznych miesięcy wiosny  i lata,  naprzeciw mając po drugiej stronie, zielone drzwi madrasu.  Nie wiem czy czynnego, nie wyglądało, na to ale mogło, to być tylko złudzenie, aczkolwiek nikt, nie wchodził ani nie wychodził. Zastanawiałem się, też po, co przyjechałem tutaj, właściwie, oczywiście odwiedzić znajomego, ale już tego żałowałem, gdyż miejsce to , jedynie mnie przygnębiało.

Po prawo spojrzawszy ujrzałem  kopuły meczetu po lewo świątyni hinduistycznej. Oto, jakim widokiem się delektując, czekając na pizzę, której ciasto właśnie fruwało w powietrzu przekładane na odwrotną stronę, przez załzawione szyby pizzerii, oglądałem świat, który osadzony w tym szarym kamiennym mieście oferował jak dla mnie, przybysza z Wschodniej Europy pospieszną egzotykę. Zielone drzwi madrasu, kolorowe sari, upięte kunsztownie włosy hindusek, poczernione w roślinne wzory ręce Pakistanek. Nie , sposób się , było w tym odnaleźć, wszech obecna obcość.

Smród nie dobiegał, tak powalający z nóg,  z nieodległej rzeźni kurczaków, była niedziela zdaje się, albo sobota: Kurczaki, miały dzisiaj wolne, mój czczony nie od dzisiaj siwobrody staruszek z sieciowego fast foodu, najwyraźniej zwolnił tempo. Ale, i tak trzeba było nieco, zatykać nos, wstrzymać oddech,  było święto, był bank Holiday, Billi Holiday, nucąca ,,Strange Fruit”, nieco pijana przemierzała szerokie arkadowe ulice, też miała wolne, wrażenie, skojarzenie, powstałe, ponieważ mijaliśmy,nieco wcześniej ofertę mrożonych jogurtów, naprzeciw niezwykle eleganckiej restauracji Halal, takie odniosłem wrażenie, taśma stała zatrzymana, nie dobiegał nas smród, podobno, towarzyszący owej ponurej, rzeźni, aczkolwiek jego szczątki, na chwilę dopadły nozdrza przed samym wejściem na ulicę, gdzie tkwił dom gospodarzy, więc umiałem sobie wyobrazić, jego intensywność, w dni robocze i upalne, rozlewającą się na zdewastowane, co tu dużo kryć, upadłe miasto, które na przemian zwałem ,to miastem upadłych aniołów, to miastem ko-kości, grzechoczącej pod stopami, zwłaszcza, że nieoczekiwanie, młodo zeszły z tego świata, pers, ulubieniec , pani domu: z braku miejsca w ceglano-kamienno-betonowym, świecie, zakopany został pod, nie wzrosłymi jeszcze roślinami w ogródku, przypominającym piaskownicę, w wilgotnej ziemi, co przywołało na pamięć, owe, wzniosłe wersy, anglikańskiego poety:

Tam widząc kogoś, kogo znałem, zawołałem: „Stetson!
Na jednym statku byliśmy pod Mylae!
Ten trup, którego posadziłeś rok temu w ogrodzie,
Czy zaczął już kiełkować? Będzie kwitł w tym roku?
Czy mróz śmiertelnym szronem okrył jego łoże?
Och, trzymaj psa z daleka, on kocha człowieka –
W ziemi pazurem grzebiąc, na wierzch go wywleka!
Ty! hypocrite lecteur! – mon semblable, – mon frére!”

A stało się, to niedługo zaraz po naszym przybyciu. Kot, znaleziony został nie żywy za murem. Nie wracał, podejrzanie długo, aż pani wyszła na zewnątrz, nawołując ulubieńca i ujrzała, jego zesztywniałe, ciało. Nie miał, on obrażeń, widać objadł się szelma czegoś, najwyraźniej. Czyż, od nie wrzosu, padło? Pochowany natychmiast w ogródku, pięknie będzie owocował, pazury pod ziemią, drapiące ziemi wieko, gdyż wszyscy żyjemy nadzieją, tym, że wskrzeszeni zostaniemy, co też, pewnie powinno dotyczyć i kotów, gdyż nie sposób sobie wyobrazić, żeby kotom została oszczędzona wieczność, byłoby to nie wdzięczne, nie, nie MainGrandBrandfordzkie, rzec, bym chciał i tak rzeknę. Białe, białka, zasłonięte bielmem, przywiodły na myśl, obejrzane następnego dnia, na wystawie w muzeum, zdjęcie kobiety z tabliczką ,,Blind”, ale czyż nie uważa, się że koty, poruszają, się nie po jednym świecie naraz, tak widzą to, czego my nie widzimy. Koty, nie kładą się tam, gdzie jest nie odpowiednie, pole magnetyczne wyczuwają też, bezbłędnie chore miejsca u swoich właścicieli. Bogini Bast, była czczona pod, postacią kobiety z głową kota w starożytnym Egipcie.

blindwomen
Sceneria wieczoru, więc,  jak z podrzędnego horroru, nieznajomy przybywa do domu ludzi, których wcześniej nie znał, w zrujnowanej dzielnicy, proto-islamskiego miasta, zewsząd, ciemne upadłe światła, padły nagle kot, zesztywniały na deszczu, świetlówka w kuchni, która zaczyna migotać nad zebranymi, i co najgorsze p a p i e r   t o a l e t o w y się skończył.
To, już było wstrząsające doprawdy. Albowiem, jak powiadają zacni magistrowie kościoła, nie jedna: a co najmniej trzy okoliczności muszą się zbiec, aby uznać, omen-nomen rzecz za, nie-codzienną. Ostatecznie, wszystko, dobrze się skończyło, chociaż świetlówka, nie wróciła już do pełni władz umysłowych, świecąc światłem nadal przerywanym, migotliwie jak błędny ognik, na bagnie. Wędrując w górę i w dół, natykałem się na chińskie maski wybiegające na przeciw wspinającego się po schodach, i zaiste brakowało tylko lampionów.

W trakcie, miłej wieczornej, pogawędki, dowiedziałem, się, wielu rzeczy z historii sceny rockowej, gdyż natknąłem się, na żywą, chodzącą encyklopedię, historii rocka w małym środkowo-europejskim kraju, która to spożywała skromne dary ziemi , z najznakomitszemi rockmenami czasów minionych, którzy, to na Walhali rocka, czekają czasów ostatecznych i tak:

że M. J miała romans z o wiele młodszym tenorem z T.S.A, co urzekło mnie swoim niezaprzeczalnym urokiem, gdyż młody wilk dopadł już wtedy dojrzałą łanię, osiodłał i okulbaczył, i wierzchem ujeżdżał. I jeśli śpiewała ona, że ,,nie ma wolnej miłości w domach z betonu”, to 51” odgrywane przed laty z winyla, temu przeczyło, mój przyjacielu, którego nie zdołałem, nigdy poznać, gdyż odszedłeś zbyt wcześnie.

Dowiedziałem, się więc, wielu niesłychanych rzeczy, o których jednak pieczęć milczenia nakazuje, milczeć aż nie zostanie zerwana pieczęć ostatnia, i ostatni z aniołów nie wyda z trąby, dźwięku. Gdzieś, na obrzeżach mojej głowy krążyła Billy Holiday, blues, nocny z Południa, przywleczony, zabłąkany w tutejsze wybrzeże, deszczu i kamienia. Zaiste, Mainford-Grand-Bradford, przypominało, ujęte z góry, zastygłe, morze, rozlane na pagórkach, nagle skamieniałe.
Miasto tonęło w strugach deszczu, braterska pizza spożyta została, inne rzeczy również, zostały spożyte, na chwałę biesiadującym. O, kocie nikt już nie wspominał, grała muzyka, toczyła dyskusja. W taksówce, która niczym łódź na wzburzonym morzu, wyruszyła po zaopatrzenie, kołysała się, jakaś niejasna kiść nad tablicą rozdzielczą, mająca zapewne w mniemaniu pakistańskiego, albo hinduskiego, kierowcy taksówki, moc zapobiegania wydarzeniom, nie codziennym, zwykłemu nieszczęściu, wypadkowi, pechowi, pasażerowi, co zbiegłby nie płacąc za kurs, ot pierwsza z myśli z brzegu. Patrzyłem na mijane, skryte w ciemności domy, gdyż oświetlenie uliczne, też nie było nadzwyczajne, było raczej ciemno i nieco nierzeczywiście.

Dnia następnego.

Przed południem, nieco przyćmionym, chociaż, już nie deszczowym, po pobudce, ruszyliśmy po krótkiej scenie pożegnalnej, znów na miasto, coś zjeść. W tej samej restauracyjce, co wczoraj w której, znów zamówiliśmy kebaba, siedziały dwie z których, jedna była, ciemna nieco, tęga. Mięso było ciemne, unosiło się nad frytkami, obficie z belgijska zalewanymi majonezem. To, w Holandii powiedziałem, po raz pierwszy zetknąłem się z jedzeniem frytek z majonezem. Frytki, to belgijski pomysł- powiedział kolega.

Zerkała nieco od czasu, do czasu unosząc głowę, na oparciem o które, opierał się mój znajomy, i zapomniałem o wygłoszonej przed chwilą, niesłychanej uwadze, że w ubikacji znajduje się konewka, którą, owszem zauważyłem z zdziwieniem, ale nie roztrząsałem jej obecności, natomiast jak uważał, znajomy, służyła, ona nie tyle do podlewania, czegokolwiek, co do podmywania, anusa, odbytu, gdyż, czego się dowiedziałem z zdumieniem, muzułmanie, nie używają papieru toaletowego,  więcej, nawet jeden z znajomych, znajomego wdepnąwszy do islamskiej knajpy, nagle zorientował, się że nie ma tam papieru, ponieważ, zamiast użyć, dźwięcznie, rozkosznie brzmiących w nazwie, wonnych płatków, pochodzącego co , prawda z recyklingu, papieru  myją po kupie, wiadomy otwór, co wywołało, moją uwagę, że może być to , czemu, nie wcale higieniczne, a nawet awangardowe, gdyż zamiast wonnych strof Goethego, na zmielonych i przetworzonych do niepoznaki odpadach, tylko,  czysta woda, o której pewien inny, poeta pisał, że tak wyobraża sobie ostatnią religię  a  tak poza tym, zawsze, skądinąd, miałem dziwaczne wrażenie, że zastosowanie papieru w dwóch różnych, przeciwstawnych celach,  w naszej kulturze, powiedzmy pachnie, a raczej wygląda, na pewną zasadniczą dwoistość.

Poniekąd, rozszczepienie, pierwsza utrata, ponieważ , kiedy po raz pierwszy, twoja pierwsza kupa ląduję w sedesie, coś niczym księżyc, raz na zawsze, nieodwołalnie, odrywa się od ziemi percepcji, i odtąd, chłodno poza nami świeci, jasna latarenka, wyobcowania, ziemi utraconej, i tak dalej, i dalej.

Twoje, skamieniałe, zawieszone  w kosmicznej pustce odchody, wiszące nad twoją ludzkością, niczym winne grono, jabłko Adama, oto wytłoczyny z żyznej gleby, oto prawo, twardniejące w powietrzu.Powstań, sędzio. Mądrzy rodzice, powinni zakonserwować, pierwsze oderwanie się satelity od macierzy, aby po latach wręczyć dojrzałemu potomkowi , z łzami w oczach: Oto, przechowaliśmy twoją esencję, synu-córko. Kto, wie czy nie będzie tak w przyszłości.

Aż powrót, do Edenu, staję się, ciągłą tęsknotą, kiedy i ty, i to, co spada, jest jeszcze tym, samym. Kamienne, zastygłe odchody. Wzrok kota w ciemnościach. Piramidalna głupota. Ofiara w tunelu.Wtedy spostrzegłem, że owa, czarna, strzygąca oczami, wstała, ruszyła do wyjścia i dopiero mogłem ją obejrzeć w całej, okazałości.Czarne, żywe oczy. Wyszła a tuż, za nią jej koleżanka. A my, po zjedzeniu ruszyliśmy ku muzeum kinematografii, gdzie z powodu , złego samopoczucia obejrzałem tylko dział z fotografiami “Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego”. A spośród wielu, najznakomitsze, tak mi się wydaje, zdjęcie z wnętrza łodzi rybackiej, sunącej na morzu ku innej łodzi, i tonącemu okrętowi żaglowemu. Niestety, nie utrwaliło mi się nazwisko autora, i odszukanie, zdjęcia, tak świetnego okazało się przynajmniej chwilowo, niemożliwe. Uderzyło mnie również, świetne zdjęcie niejakiej Christine z roku 1913, której rysy wydały mi się prototypem innego słynnego, po latach zdjęcia i oto, one oba, aby porównać migrację, wędrówkę obrazu poprzez czas:

christine1913stev-mccurry-portret-afganki1

Po wyjściu przed muzeum kinematografii , na postumencie spoczywał, pomnik J.B. Priestleya, który jak się, dowiedziałem , urodził się był w Bradford, którego nazwa rozbita, na cząstki, ewokuje, wstecz, w  swoim, źródle, nie tylko do staro-angielskiego ,,brodd” ale i do jodły z aromanskiego, zwanego fir- tree,  które to drzewo, objawia się zwrotnie w znaczeniach ,,brad” jako ćwiek, lub drzazga, kolec, ostrze, wreszcie (wśród wielu znaczeń), jako  stylisko łopaty* . On, sam mowa o autorze, gdyż taki napis widnieje ,na jego pomniku,  przed muzeum kinematografii, napisał powieść ,, London End”, gdzie powołał do życia dział Imaginastyki.

Niestety, nie czytałem, nic z wzmiankowanego, natomiast odnotowałem fakt, że miasto posiada autora, jego płaszcz wykuty wznosił się w powietrzu, niezależnie od tego, czy wiał wiatr, czy nie.

A potem wsiadłem w pociąg, i chociaż działo się, działo: miedzy wyjściem z domu gospodarzy a wyruszeniem w drogę powrotną, na tym zakończę.

*

Late Middle English, variant of brod(d), from Old Norsebroddr (spike, shaft), from Proto-Germanic *bruzdaz(compare Old English brord, Old High German brort), from Proto-Indo-European *bʰrusdʰos (compare Welshbrath (sting, prick), Albanian bredh (fir-tree),Lithuanian bruzdùklis (bridle), Czech brzda(brake),Template:etyllrol-Template:mlrolbradllfir-tree.

**Large numbers of words of French origin started to be borrowed into the English language, often existing alongside native English words of similar meaning, giving rise to such Modern English pairs aspig/pork, chicken/poultry, calf/veal, cow/beef, sheep/muttonwood/forest, house/mansion, worthy/valuable, bold/courageous, freedom/liberty.

***

Post z przed ponad roku. Reedycja. W międzyczasie powstał plan przeniesienia świetnego zbioru fotografii  Royal Photographic Society z Bradford do Londynu.

 

 

I.Kerteszowi post-mortem.

Przed południem doczytałem się , że zmarło się węgierskiemu pisarzowi I. Kerteszowi (jeśli, taka deklinacja nazwiska, jest poprawna). Dobrze, że zaistniała jego literatura, jak i dobrze, że można jej nie czytać:
A ja od dawna, już nie sięgałem.
Od, paru lat.
Gdyż, byłoby dobrze: powiem paradoksalnie, gdyby jego opowieść ( i ogólniej literatura o ludziach w sytuacjach skrajnych), pozostała zakurzonym eksponatem, a nie wciąż żywym opisem ludzkiej inwencji.
Nie będę ukrywał, pisarz męczący potwornie w czytaniu nie mniej, niż   Kafka w swoich ,,Dziennikach” a to, już osiągnięcie a nawet duński pisarz Kierkegaard. A to, już podwójne ukoronowanie.

  Już, samo pisanie tego nekrologu potwornie mnie zmęczyło. A, jednak uchylić się, nie mogłem.

P.S
Zresztą pisarz nekrologów, istniał kiedyś taki zawód i świetnie oddaje, to skądinąd notację, pisarstwa Kertesza. Gdybym, pisał biografię a raczej para-biografię, pisarza:
byłby to, pisarz piszący u wejścia do cmentarza za niewielką opłatą nekrologi i mowy pogrzebowe. Tak, sobie wyobraziłem przy małym stoliku u wejścia do cmentarza. Jakieś sto a może dwieście lat temu. Piszącego nekrologi, podczas kiedy jego alter ego wzorowane na  pisarzu o nomen omen zbieżnym nazwisku Kertesz, ale imieniu Akos (postać najzupełniej realna) pisałby jego biografię (układacza mów pogrzebowych) w zupełnie innym poza- europejskim kraju (ale, powiedzmy rozgrywającą się jakieś sto lat wcześniej od czasów obecnych) załóżmy w ciemno, że raczej byłaby to Ameryka.

Pisarz ów (wymyślony), opisywałby możliwą Europę (taką, która się  d o p i e r o  wydarzy wraz z tym, co stało się, osnową pisarstwa  tym, razem prawdziwego a nie fikcyjnego Kertesza), na kanwie wymyślonych losów nikomu nieznanego, małomiasteczkowego układacza mów pogrzebowych żyjącego gdzieś w Europie Środkowej. Po, którym mógłby (gdyby,  rzeczywiście istniał w czasach o których, mówi powieść), nie pozostać nawet ślad, wkrótce po niemieckiej wizycie złożonej w Europie Środkowo-Wschodniej. Co, więcej (ukłon w stronę piętrzenia fikcji, aby dobyć prawdy, jeśli nie zabrzmi to zbyt górnolotnie), fikcyjny biograf, równie fikcyjnego bohatera powieści z elementami jedynie biografii realnego pisarza ale, tak jakby urodził się,  pokolenie przed zagładą (Shoah) a, więc wchodzącego w nią już,  jako dojrzały mężczyzna powiedzmy w wieku Akosa Kertesza (pierwowzoru narratora i autora fikcyjnej powieści o autorze mów pogrzebowych) albo (równie dobrze) w wieku w którym umiera oryginalny I. Kertesz  i…..tak dalej i tak dalej, ale, dalej już piętrzyć fikcji nie ma potrzeby.

Ażeby, to spuentować dodałbym że, ów fikcyjny autor fikcyjnej biografii, nie-istniejącego pisarza, żyjący (oczywiście fikcyjnie) w państwie w którym nigdy nie gościli ,,Untermensch” i gdzie, zdaję się nigdy Kertesz nie był, w tym super-bezpiecznym kraju ukrywałby się, wciąż niczym fikcyjny bohater jego własnej  powieści. Nie, jest to powieść niemożliwa w sensie: nie-realna psychologicznie.

Ale, tutaj już trzeba włożyć ciemne okulary, fałszywe dokumenty, fikcyjną tożsamość i niczym człowiek pochodzenia żydowskiego w czasie okupacji, usiłujący przetrwać pogrążyć się, w wielopiętrowej fikcji. Gdyż, w głowach tych, którzy przeżyli (zapewne) wciąż toczyła się, nierozstrzygnięta dyskusja. Kim, jesteś skoro przeżyłeś? I pytanie, to brzmi i rozbrzmiewa sporem o tożsamość. O, jej zachowanie. O przetrwanie czegoś więcej, poza fizyczną postacią. Gdyż,  jest nagie i łatwo jest je zniszczyć, a najłatwiej i zarazem najtrudniej , to co jest znakiem tożsamości.

Nowy Adam Kadmon

Wyobraźmy sobie świat w którym po przebudzeniu, ludzie nie pamiętaj kim byli, są , kto jest ich znajomym, krewnym, dzieckiem, kiedy po raz pierwszy ujrzeli śnieg, kiedy kochali i kiedy się śmiali po raz pierwszy. Świat w którym ludzie tracą pamięć totalnie, bez odwołania, bez możliwości jej wskrzeszenia, gdyż nawet zachowane pamiątki, zdjęcia, filmy wideo, wpisy do pamiętników, to wszystko się z nimi nie łączy, nie dźwięczy, przeszłość pozostaje głucha i niema. Zapewne taki, świat byłby wybawieniem. Byłby, też skądinąd demonicznym doskonałym odbiciem, bez postaci. Wizerunkiem nicości, zwycięstwem materii.

 

_________________________________________________________________

P. S II

Już, po napisaniu tekstu, zastanowiłem się, skąd wziął się, tutaj nagle Adam Kadmon, gdyż w tekście tym, spontanicznym pojawił się. Dzień, dwa wcześniej, czytałem sobie o stadium lustra Lacana. Poprzez obraz, jego definicję w tekście analitycznym i jakieś echa, który ten opis przywołał widać, moja wewnętrzna maszyneria zaczęła błądzić, drążyć i kwestię rozważać. Zajrzałem szukając tropów do odmętów internetu i znalazłem ten, że ciekawy passus:

[Akiba]

[…He says, in Abot, iii. 14, “How favored is man, seeing that he was created in the image! as it is said, ‘For in the image, made man'” (Gen. ix. 6). That “in the image” does not mean “in the image of God” needs no proof; for in no language can “image” be substituted for “image of God.”].

źrodło: http://www.jewishencyclopedia.com/articles/761-adam-kadmon

Na, sam koniec poczułem niejasne wyrzuty sumienia, że ten tekst mający dotyczyć, zmarłego pisarza nagle, gdzieś zabłądził w rejony nieco oddalone, ale czy istotnie?

Gallery

Nieco archiwalnych wypisów

 

nikud.jpg

hebrajskitau

samogloskihebr.pnggramatyka4.pngcyfryalif.png

gramatyka5gramatyka7grmatyk11szwaszwa2szwa4szwa7

Parę wypisów z ksiąg:

gramatyka11.png

okladka.png

———————————————————————–

Pisząc  do kogoś stwierdziłem, że właściwie mogę nie wychodzić  z pierwszego zdania księgi stworzenia. A  i tak będę miał co robić.Nie, mając źródeł do odpowiedzi szukając po najbliżej dostępnym medium czyli internecie natrafiłem na ciekawy rozbiór tego zdania, pierwszego ale niezwykle istotnego. Przytaczam za stroną mesjasz.info podając źródło,  gdyż należy ale nie utożsamiając się z niektórymi komentarzami za wyjątkiem: za wyjątkiem i wyłącznie z tym, co zamieszczam jako wyimki  poniżej. Nie, za bardzo nadal wiedząc co, o tym sądzić. Czy, jest to istotnie prawidłowa, czy naciągana interpretacja. Na pewno rozbiór słowa bereszit  jest interesujący skłania do namysłu.

Pomimo wątpliwości wychodzę z założenia że jest to zbiornik wypisów różnych. I niewątpliwie, jeśli natrafię na odmienne interpretację, też się pomieszczą.

2.  Co, ciekawe rozbiór tego słowa jakoś się wiążę z dzisiejszym czytaniem przed południowym   o tzw. dynastiach chasydzkich istniejących jeszcze przed II wojną światową na terenach byłej II RP. Ponieważ, występowało tam zjawisko ,,dworów chasydzkich”i oto, proszę wracamy do wykładni słowa tutaj przytoczonego czyli  bereszit.

bereshit1

bereshit2

bereshit3
ְ