Bar ,,Zoo” (opowiadanie fragment)

 

Wtedy jak się wydaje zrodziła się w nim idea podwójności. Zajęło, by dużo czasu wyjaśnienie, pojęcia tak niejasnego ale, to prawda: w chwili, kiedy na skutek, jakiegoś wygięcia percepcji, jej obrzeży, niczym zniekształconej soczewki, zaczynają się objawiać, w tym co jest, nie tyle, rzeczy których nie ma, co raczej r z e c z y , które, były niegdyś i wciąż, egzystują. Porównałby, to do krajobrazu krasowego. Chodząc po powierzchni, teraźniejszości, nieświadomi, zresztą to się szczęśliwie składa, że tak jest, jaskiń i pieczar, pod naszymi stopami. A teraz użyć, tutaj metafory, pamięci.

Szczęśliwie, ponieważ niepotrzebna złoża przeszłości, mogłyby zamulić, niczym zbędny przypływ każdy dzień dzisiaj. A co, do naszego bohatera?

Wstał rano, jak co dzień, tyle, że teraz był piątek, zaczynał się weekend, kolejna sobota i niedziela z którą nie bardzo było wiadomo, co zrobić, jak zwykle, ostatnio a może już od bardzo dawna, niepostrzeżenie, chociaż nie. Nie odczuwał, jeszcze presji, czasu, wciąż czuł zapach nowości wszystkiego z czym się stykał.

Nawet, tak jak dzisiaj późne jesienne słońce (to, był już październik) kładące się na dachach, wywierało na nim miłe wrażenie, ponieważ zaplanowany został miły wypad do stolicy. Umył zęby, ruszył do kuchni, przygotować sobie coś do zjedzenia. Nastawił wodę na kawę, rozsmarował masło na chlebie, wrzucił tutejsze kiełbaski na elektryczny opiekacz.

Mimo, że nie cierpiał tych, dziwacznych w smaku sasuage’ów nie było zbyt wielkiego wyboru. Nawet opieczone, na kolor hebanu, nadal były niestrawne. Skądś dobiegała niezbyt głośna muzyka. Czuło się już w powietrzu nadchodzący weekend. Gdyby, ktoś spojrzał na niego z boku powiedziałby, że to szczęśliwy przedstawiciel, klasy średniej, robotniczej, szykujący się do weekendu, na który sobie zasłużył, ciężko pracując cały tydzień od piątku do poniedziałku, nie opuszczając ani dnia, nie zwalniając się przed czasem ani się nie spóźniając do pracy. W istocie był taki, właśnie nadmiernie wręcz przywiązany do nie opuszczania dni pracy bez powodu, i kiedy koledzy z którymi pracował nie przychodzili po weekendzie on rzecz jasna niczego podobnego sobie, bynajmniej nie wyobrażał. Oto, człowiek oczekujący aż zagotuje się woda w elektrycznym czajniku, śniadaniowe kiełbaski zbrązowieją a on sam, sądzie w (przyznajmy zakurzonym salonie, meble które landlord tutaj wstawił pamiętały lepsze czasy ale cóż, nie można mieć wszystkiego jednocześnie, chociaż urocze zaniedbanie salonu a raczej mebli, świadczyło, o świadczyło…). Jednak nie zdołał domyśleć , tej niespotykanie ważnej myśli do końca, ponieważ w kuchni pojawiła się Beata, blond zaspany kociak, z rumianą otyłością, amorka z kościelnych dekoracji, o cerze jasnej nabierającej krwi, kiedy się rumieniła a rumieniła się tylko w wypadku dwóch sytuacji: uwag dotyczących sfer erotycznych, oraz jedzenia, gdyż domyślnie, cierpiała na nadmiar uwagi, skoncentrowany na nadwadze, którą zwalczała dziennymi głodówkami i nocnymi ukradkowymi wycieczkami do lodówki, o których jak sądziła, nikt nie wiedział, poza nią samą, a jeśli chodzi o nią samą, to świetnie sobie radziła, z tym problemem zmieniając jego percepcję, to znaczy w chwilę po wyjściu z kuchni, zapominając, że była w niej i dopuściła się nocnego obżarstwa, które przeczyło porannym, ascetycznym, odchudzonym niczym, konająca szkapa śniadaniom.

Co, mogła sobie pomyśleć Beata? Och, ten dziwak, tutaj znów stoi nie udało się go, nie spotkać dzisiaj, wpadłam na niego, znowu się uśmiecham jak kretynka, dlaczego ja zawsze się uśmiecham jak kretynka, przecież nie mam na to, ochoty, a się szczerze i jej myśli, automatycznie, zeszły z toru dotyczącego napotkanego właśnie w kuchni, obywatela Kaina, jedermana, jednego z wielu setek (no, może nie wtedy, wtedy jeszcze nie było ich tylu, proszę pani, głos typowej Mary Jean, proszę o sprostowanie), no, więc jednego z wielu dziesiątków, szczęśliwych nowych mieszkańców, państwa o którym mowa, szykujących się do piątkowego wieczoru. Pogoda była zaiste, przecudowna, przez szyby było widać, lśniące od słońca krzewy, drzewa i parkan, głosy ptaków, które jednak jak ktoś, życzliwy wyjaśnił, wyprowadzając go z błogiej nieświadomości, błędu w którym tkwił, otóż, że odgłosy ptaków tak cudownie dobiegające, go z oddali, a raczej bliska, to jest z przyległego ogrodu, wcale nie są prawdziwe, ale wręcz odwrotnie, prawdziwe są jako imitacja, ponieważ o ile, ogród był prawdziwy, krzewy, drzewa, słońcu też nie można było niczego zarzucić, świeciło nadzwyczaj uczciwie, realnie, nie dawało plamy, jeśli chmur było zbyt wiele, to trudno, ono było na swoim miejscu, więc wszystko byłoby okey, jak najbardziej w porządku, jednak jedno tutaj w tej idylli, nie było jak należy. Owe, rozkoszne, ptasie trele, dobiegające go z oddali, były nie tyle nie-prawdziwe, co wyzbyte realnego ciała i kości, gdyż były to nagrania odtwarzane z magnetofonu, jednymi słowami w tej nieomal doskonałej inscenizacji kryła się jakaś niezamierzona, bezwiedna, wbrew intencjom skaza, niedoskonałość, drzazga wbita w ten cudowny, idylliczny pejzaż. Owszem wiewiórki się zbiegały, zauważył, to kusze widać wysypywanymi przysmakami a za nimi, zaraz po parkanie sunęły, przyczajone, ciche jednak nadmiernie (przyznajmy, przekarmione koty, co nie odmiennie przywodziło, mu na myśl od razu, niektórych rodowitych mieszkańców szczęśliwego państwa, co też było przyczynkiem, i tematem debat, ponieważ, otyłość nie była cechą widzianą pozytywnie, przez odchudzonych przez lata socjalistycznej diety, mieszkańców byłej socjalistycznej europy wschodniej, budziła poniekąd zgorszenie, jakie musiały budzić w średniowieczu grzechy główne, gdyż był poniekąd ten system skądinąd quasi-religijny, na sposób świecki, somatyczny ale jednak był, i grzechem pozostał:

Och, to od tych cholernych angielskich befsztyków, sasuage’ów, innych rzeczy, wymieniano, hormony, Macdonalda, witaminy, chorobę wściekłych krów, boreliozę, skoliozę, wychowanie, brak wychowania, że im się w dupach poprzewracało, taki stan roztycia, kojarzył się z absolutną beztroską, jakiej mieszkaniec byłej socjalistycznej europy wschodniej, nie mógł posiadać, ponieważ od pokoleń żył w strefie sejsmicznie niespokojnej, na której co i rusz, dochodziło do kolejnych tąpnięć, wstrząsów, znikały i pojawiały się państwa, albo też człowiek zasypiał w jednym państwie a budził się w zupełnie innym…

Tak, więc beztroska otyłość, niefrasobliwa budziła szczere zgorszenie, ale też jej źródło było bardziej, prymitywne, zasadnicze, jeśli w kulturach pierwotnych człowiek otyły, grubas mówiąc wprost był synonimem sukcesu, to iluż było widać na ulicach nowo przybyłych, mieszkańców szczęśliwego państwa, którzy byliby, nadmiernie otyli? Strach powiedzieć, ale nie wielu.

Tymczasem, to nie było zmartwieniem Beaty, która żyła zapatrzona w zdjęcia wychudzonych, anorektycznych modelek, żywcem pozujących i mogących pozować, do filmu o obozie koncentracyjnym, bez większej charakteryzacji, zupełnie naturalnie można by powiedzieć, i

takiż też sobie, reżim narzuciła ona sama, albo usiłowała, potraktować sama siebie niczym blokowy na baraku, przynajmniej z rana, powiedzmy do popołudnia, do pory podwieczorka, kiedy słońce zniżało, lot i ona coraz bardziej, kruszała w swoich postanowieniach, nawet siedząc na rowerze w fitness clubie, machając sztangielkami, nie przestawała myśleć o jedzeniu. Nigdy prawdę mówiąc, powiedzmy udawało jej się od czasu do czasu z a p o m n i e ć o tym, żeby nie myśleć o jedzeniu, ponieważ jeśli tylko próbowała o tym nie myśleć, oczywiście o niczym innym nie myślała. Nawet jej praca obracała, się wokół jedzenia, gdyż zarabiała na życie jako kelnerka w restauracji, jakby nie istniało tysiące innych zawodów, którym mogłaby się poświęcić, wykonywać ale oddać się powtórzę o d d a ć mogła się tylko czemuś, co było związane z jedzeniem, z procesem konsumpcji, to był jej skrywana namiętność, zachłanność, pragnienie, wchłaniania, pochłaniania coraz większych i wciąż nowych dawek, tego, co zewnętrzne. Tymczasem ponieważ proces, ten nie mógł się odbywać w nieskończoność, z powodu choćby fizycznych ograniczeń, załatwiała to starymi sprawdzonymi patentami. W dzień udawała ale, co najciekawsze samo w to, bezgranicznie, b e z zastrzeżeń wierzyła. Zapytana w chwilę, potem po wyjściu z kuchni, co jadła, z najbardziej niewinną miną oświadczyła by i z oburzeniem, że nic. Nie, nie była z tych, które ciągną swoich bliźnich za łańcuch rozkosznej winy i współwiny, och, tatusiu daj mi klapsa. Nie, nie. Tych, które przyznają się natychmiast, gdyż samo takie przyznanie się, jest rozkoszne jest też, skoro mowa o jedzeniu, kolejną f o r m ą jedzenia. Nie, ona była ponad to, była bezapelacyjnie perfekcyjna, jak samo-nakręcający się zegarek albo samoregulujący zegar kwantowy, który nie potrzebuje regulacji, gdyż sam z siebie strumieniem czasu. A przynajmniej usiłowała tak o sobie myśleć, spostrzegając siebie jako poddany regulacji mechanizm, który regularnie opróżniała (upewniwszy się, że nie ma świadków), to jest zwracając gardłem, biorąc nagminnie środki na przeczyszczenie, coraz więcej środków, tak, że dostawała odparzeń odbytu, od strug wyciekającego pokarmu, jakby była w nieustannej laktacji, a jedzenie było zwróconą ku samej sobie fazą orgazmu.

Gdyż, jedząc doświadczała rozkoszy. Koniec, kropka.

Umiesz, to sobie wyobrazić, to ciągłe bycie na fazie, to znaczy objadanie się, bezustannie, podjadanie, kontrola wagi, stawanie na wadze, ustawianie jej na honorowym miejscu aby była widoczna z każdego miejsca, zaraz po wejściu do kuchni, albo łazienki, albo odwrotnie chowanie, jej upychanie po kątach, pod szafą, łóżkiem, nie łóżkiem nie, przez sen słyszałaby tykające niespalonymi kaloriami, posiłki, umiałaby, wstać i ruszyć, lunatykując, niczym magik z początku, wieku, iluzjonista po ciemku dotrzeć nie otwierając oczu, nie tracąc rozeznania. Byłaby spytała go, ale jego po, co było pytać? Uśmiechnęła się krzywo, uprzejmie, jeszcze się zacznie przystawiać do niej, zwęziła uśmiech, stał się on oficjalny, protekcjonalny, uprzejmy i odległy, wiewiórki nadal hasały nie opodal okien kuchni na pierwszym parterze, ptaki zawodziły, ich świergolenie dopadało, niczym nagły ból głowy, niczym przekleństwo albo uporczywy pogłos, echo w środku jej głowy, która owszem była nieco, niesprawna, powiedzmy wczorajszy wypad i później samotne, upicie się do poduszki, żeby zasnąć zostawiło nieodparte wrażenie wywarło wrażenie na jej układzie limfatycznym, który stanowczo domagał się czegoś, co uśmierzyło by katatoniczny skurcz naczyń krwionośnych, a do tego, musiała wyglądać jednak słabo, powiedzmy niezbyt dobrze mówiąc oględnie, ponieważ padło pytanie:

Jak się czujesz? Nie wyglądasz, coś najlepiej dzisiaj. Och, nic takiego (krzywy uśmiech), słabo spałam, to znaczy źle spałam… (zaplątanie się w wersji wydarzeń, och , pogłos , czy wszystko pamiętasz kochanie z wczorajszego wieczoru, ależ oczywiście, że tak, zawsze tak, nigdy nie: więc powiedz, co robiłaś wczoraj o 22 30 na skrzyżowaniu ulicy, tej i owej, widziano cię tam.. Mnie? Och, no więc, przeraźliwa pustka w głowie, jakby rozwarła się w niej nagle przepaść, czarna dziura, rozumiesz, to nic nie znaczy, to tylko parę kroków w ciemną stronę, gdzie nic nie widać, niczego, dosłownie, ale jeśli nic nie pamiętasz, to znaczy że pamiętasz wszystko, tylko w tej właśnie chwili nic ci nie przychodzi do głowy. Wykorzystaj ten czas, dobrze, te mikrosekundy, przyznane ci na błyskotliwą odpowiedź.

A ona stała tam rozleniwiona jeszcze na wpół przytomna, a może przytomna zupełnie, ale obojętna, jakby natknęła się na mebel, który by do niej przemówił, po chwili przeciągnęła się, ziewnęła i powiedziała, która jest teraz, och, och a jego spojrzenie pobiegło w stronę zaróżowionego poranka, rozpostartego nad szczytami, miasta, którego zabudowa nie wznosiła się powyżej, trzeciego piętra i powiedział, o, pewnie jest jeszcze wcześnie, pewnie siódma, siódma? Skrzywienie ust, wygięcie, dobiegające jak łoskot odgłos ciężarówki, śmieciarki sunącej poprzez uśpione, bezwładne, laurkowe uliczki, miasteczka, gdyż w niedzielę, najwyraźniej była potrzeba posprzątania, tego całego bałaganu, otwarła usta i następne ziewnięcie wyległo z jej ust, jak rój małych muszek nad nie wynoszonym od paru dni kubłem na śmieci, równie niestrawne, ponieważ tylko w bardzo wczesnym wieku, pachniemy z ust, potem z wiekiem, rozkład zaczyna się ujawniać, w pierwszym rzucie, od wewnątrz, dając dyskretne sygnały, obwieszczając, że nadchodzi czas aby dojść z sobą do porządku, przyozdabianie wszystkiego zajmuje coraz więcej czasu, jej sprężyste ciało (przynajmniej w jej marzeniach), odpowiedziało jej, być może spostrzegała siebie, jak królową fitness, jednak na próżno, ponieważ pulchne fałdki tłuszczu gromadziły się nad biodrami, widoczne ponad jej opuszczonymi lekko dresowymi spodniami, odsłaniając różowy języczek stringów, kiedy schyliła się do szafki, i wtedy po raz enty, pomyślał, co by mógł teraz zrobić, ale czas upłynął, zafalował, jej piersi wspięły się na wysokość szafki, skąd wyciągnęło pojemnik z herbatą z jakimiś dodatkami, witaminami, rodzynkami, czymkolwiek co dało , się podciągnąć, pod hasło, w y s z c z u p l a j ą c e a więc niewątpliwie, zdrowymi, nawet jeśli usiłował, jej cytować, artykuły o ofiarach szalonych diet, o obłędzie dietetycznym o zmarłych niczym katolicka, która czterdzieści lat czy ile tam , było żywiła się tylko, najświętszą zapiekanką, nie wstając latami z łóżka, z stygmatami, które krwawiły, napełniając pokój odorem zepsutej krwi, jak to było opisane w wspomnieniach uczestnika, pielgrzymki pewnego literata do pewnego świętego, który wypędził go z konfesjonału, on natomiast czuł, zapach psującej się krwi, nie będącej jednak krwią menstruacyjną, chociaż ta również rytualnie nieczysta, to jednak nie mógł się na niczym innym skupić, a sądził, że jest opętany, cierpiąc na dziwaczną chorobę ,coś na kształt koszmarnej migreny i patrząc na nią uświadomił sobie jak, cielesny, skądinąd jest akt oddania się, natomiast obecna stratosfera eterycznych modelek, o fiszbinowych żebrach, które wyjmowały sobie podobno aby przynajmniej jedną parę, aby zarysować, doskonałość sylwetki, gorset o którego zrzucenie walczyły feministki, wciąż tkwił wewnątrz, może dożyjemy czasów, gdy szkielet będzie usuwany, a doskonałe, bezcielesne modelki, będą przypominać anioły, o wydłużonych sylwetkach zstępujące z góry, z odrealnionego net-worku, dożyjemy albo dożyją tych czasów, następne pokolenia, a zgoła bezcielesna, odrealniona, będącymi oznaką dbałości o zdrowie, wspaniałego pędu ku idealnym wymiarom, modelek rozpiętych niczym święte obrazki, (zgroza, kult, nie znany protestantom), ale doskonale znana mniej dokazującym wyznaniom, i wciąż z tym leniwym, pełnym zaspanej gracji, przechyliła się znowu do szafki aby sięgnąć po cukier i wtedy uwierzył, że ewangelia już została ogłoszona, oto jej apostoł z miską dietetycznych płatków.

Gdzie byłaś? Zapytał na pozór obojętnie, ponieważ każdorazowe jej wyjście traktował, jako potencjalną możliwość zdrady, to w nim tkwiło niczym, przekonanie, że po nic innego nie wychodzi, pewnie, że tylko po , to żeby się zapakować, jakiemuś takiemu czy innemu do łóżka, i widząc to cierpiał, cierpiał szatańskie katusze, cierpiał niczym Szymon Słupnik, stojąc na jednej nodze zwątpienia i wiary w niezmożenie, wiarołomną naturę kobiet, jako takich.

Ona, nie odpowiada, ani myśli jest jeszcze zaspana, wciąż niezbyt przebudzona, powietrze nawet ją drażni, a co dopiero głupie pytania, jak on chodzi, jak się patrzy, gapi, gapi się jak ktoś, kto nigdy nie widział, żywej kobiety nago, jakoś tak, jak pies, pies goniący za suką, nagle jej się przypomniało, była mała, pojechali na wieś, do dziadków, pamiętna wizyta, ile mogła mieć lat? Pięć? Może, tyle może nieco mniej lub więcej i tam, ujrzała, jak knur wspina się na lochę, obłapia ją racicami, zanurzyła niezdecydowany koniec widelca w pianie, kukurydzianych płatków, przemieszała, ją końcem widelca, jednak wciąż niezdecydowanie, jakby się zastanawiała czy opuścić, już to pomieszczenie, ależ , nie jeszcze musi zaczekać aż dojrzeje woda w czajniku, aż osiągnie stan wrzenia, jej długi paznokieć, barwy wiśniowej tego poranka, pozostałość po wczorajszym wystroju, lekko zabłądził w okolice przednich zębów, po prostu o nim zapomniała jakby był dodatkiem do dnia, który się jeszcze nie rozpoczął, był tylko i wyłącznie elementem dekoracji, mogłaby zapomnieć o nim zaraz, w chwilę później, był tak mało znaczący, że gdyby miała go opisać, to nie umiałaby dobrać słów, ponieważ nie wyróżniał się, nie było w nim nic charakterystycznego, był, ale wtapiał się w otoczenie i nawet kiedy usiłował zwrócić jej uwagę, mimowolnie sprawiał, że zaczynała myśleć o czymś zupełnie innym, ciekawszym. Jakby mówiła, „Jeszcze tu, jesteś? Nie poszedłeś sobie?”, jakby mnie nie widziała, jakbym był czymś a nie kimś, i ta myśl, sprawiła, że szarpnął się wewnętrznie jakby uzda, postronek ,którym go przywiązywała jego prababka, kiedy był mały nagle się naprężył, jakby był złym psem, który wyszczerzył właśnie zęby, ale nic, niczego nie mógł okazać, niczego po prostu patrzył wciąż na nią, i się uśmiechał, może któregoś dnia zamieszka z mną, chce tego czy nie i wtedy, wszystko jej wyjaśni, ułoży, zaplanuje ich wspólne życie, od A do Z, już on się postara, nie będzie wtedy, taka wyniosła, patrzy na niego, on się uśmiecha, poranek przechodzi między godziną 8 , słyszy nieomal jak zegar przechyla się na drugą stronę, wskazówka przekracza Rubikon, i świt jest już rankiem, który niedługo odmieni się w przedpołudnie, nic bardziej banalnego niż leniwa niedziela. Wzięła talerz płatków kukurydzianych, który wymiesza z jogurtem, i herbatę wspomagającą procesy spalania tłuszczu, przemiany materii, zresztą patrz co jest napisane na opakowaniu

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s