Garnitur z garbardyny (opowiadanie)

 

 

Stał na korytarzu biura pracy.
Tutaj na prawo, tkwiły rzędy ponurych pokoi, do których
tłoczyły się kolejki rozdrażnionych ludzi. Godzina powiedzmy dziesiąta rano. Niech, będzie żę, był
to poniedziałek.
Zapach, nawilgłych płaszczy, ledwie ukrywane rozdrażnienie, płacz dzieci, gdzieniegdzie
podrażnione twarze, z lekka sine. Sklepy czynne od rana.
Wypada nagle z drzwi biura człowiek,
rozdrażniony, twarz szyderczo wykrzywiona.
“Nie, dała kurwa jedna”. Urzędniczka za nim, urażona w majestacie. “Pan, pan… jąka
się…do kierownika proszę za mną”. “A paszła won”rozbrzmiewa w odpowiedzi.
Podmiot chwilowego zamieszania wypada za drzwi obitego blachą urzędo-konteneru.
“Co, za chamisko jedne…”.
Urzędniczka wycofuje się do biura.
Tłum wbija wzrok w drzwi.
Niejakie poruszenie. Pomruki.
“Kłopot, bo teraz zła, to się nic nie załatwi“.
“Pewnie z godzinę, teraz nie otworzy na złość”.
Niektórzy przezornie zmieniają kolejkę.
Trwa prowadzona półgłosem dyskusja.
O, te urzędniczki, to ważne są takie,o”.
” Poszła by jedna z drugą na bezrobocie to by zobaczyła”. Marzenie bezrobotnego z drugiej
strony drzwi. Ażeby, te paniusie, co tak traktują człowieka jakby był kupą gówna, albo
muchą na kupie gówna, same tak trafiły do tej kolejki.
Kolejek jest trzy jedna największa, czwarta nie wiadomo dlaczego najmniejsza.
Zapewne dlatego, że tam, siedzi taka jedna, hetera co odmawia, zasiłku, wlepia na siłę
pracę, niesie się szeptem, głucha wieść po kolejkach.
Nie wiadomo, czy to prawda, czy plotka, ale większość woli tego nie sprawdzać.
Jakie to prace, wszyscy już wiedzą.
Pożal się , panie Boże.
Ludzie tego dnia, jakoś poirytowani, ciężko rozdrażnieni.
Nieliczni, krążą wokół korkowych tablic z ogłoszeniami o pracy.
Ludzi, więcej niż pracy, to można sobie wybierać, przebierać.
Oferty, pracy urągają poczuciu ludzkiej przyzwoitości.
Pan , w długim płaszczu, z teczką, najwyraźniej inteligent zdeklasowany, z wystającą
grdyką, nerwowo przełyka ślinę.
Patrzy, na tablicę.
Bierze długopis, spisuję numer z ogłoszenia o pracę.
Pewnie akwizycja.
Ostatecznie zarobi mniej niż byle cieć, stróż na budowie.
Ale wciąż można się oszukiwać, że wprawdzie to upadek, ale nie ostateczny.

 

 

Przypomina sobie, że miał iść do biura, zapytać o jakieś szkolenie, wypatrzył takie,
może się uda.
Przemieszcza się.
Tutaj, na lewo w skrzydle urzędu złożonego z kontenerów, tkwią biura dla interesantów.
Tutaj, spokój i cisza, prawie żadnych ludzi.
Urzędniczki wynurzają się za drzwi i z zdziwieniem, nieco marsowo spoglądają na
wyczekujących petentów. Ci, nieliczni oczekujący, z papierami, kurczą się, uśmiechają nieco
wstydliwie, lub zachowują doskonałą wschodnioazjatycką mimikrę. Żadnego wyrazu twarzy,wyłącznie oczekiwanie.Z jednego z biur w międzyczasie wychodzi dyskutujący w najlepsze z
urzędniczką
człowiek.
Opiszmy, go dla lepszej retrospektywy.
Dzisiaj może być to, zacny biznesmen, może lokalny polityk, wybitna podpora społeczności, i
swojej parafi.
„Słuchaj, potrzebuję kilka szwaczek”.
Wyszli z biura, najwidoczniej aby omówić szczegóły transakcji.
„Dobra, mówi urzędniczka. „Więc, tak. Dostaniesz parę szwaczek”.
„Ale,słuchaj, będziesz
musiał im płacić 500-600 złotych,na miesiąc jednak się, nie martw”. „Całą pensję, urząd i tak
będzie ci zwracać”.
“Przez pół roku”.
„Tyle, że pamiętaj przez rok, musisz je zatrudniać, nie możesz zwolnić”.
Jakby, nie było rzecz wygląda sama w sobie obiecująco.
Biznesmen promienieje.
Głos urzędniczki nieco ściszony. Widać, że to wymiana zdań nie przeznaczona dla uszu
profanów.
Opiszmy go, dokładniej, gwoli potomności.
Teczka, skórzana, aktówka, nieco pretensjonalna, ale sygnalizująca, że biznesmen nosi w
niej ważne, papiery. Jakiż od razu wytwarza to dystans wobec reszty goszczących w tym
przybytku. Wzrok ostry, skoncentrowany, chociaż nieco jeszcze niespokojny. Widać, że groszem,
nie śmierdzi (póki co).
Spodnie w kant.
Garnitur z garbardyny, mocno sfatygowany. Spodnie, nieco przykrótkie odsłaniają wesołe, białe
skarpetki.
Pełen zapału i entuzjazmu, przybija do czterdziestki.
„Świetnie, świetnie, mówisz, że będą zwracać”. Nieomal, widać, jak zaciera ręce, przelicza w
myślach. Głos jego nabiera ważności i pewności
siebie.
Oczami,wyobraźni widzi schylone pracowicie, nad maszynami do szycia głowy swoich ,,
pracownic.
To, już jest głos przyszłego pracodawcy.
„Potrzebuje je, na…nie, nie teraz. Na sierpień”.
W głosie tym , słychać nową nutę, nutę stanowczości i władczości.
”Ależ, oczywiście” uśmiecha się słodko i wyrozumiale urzędniczka. „To, żaden problem”.
Uśmiech ten jest uśmiechem, kogoś, kto od dawna zna reguły gry.
Przyszły biznesmen jest jak widać, tutaj jeszcze nowicjuszem.
Ona, nie. Nie pierwszy, to widać, kogo jej urzędowa wiedza, wtajemnicza w zawiłe
arkana ,,zarządzania zasobami ludzkimi”.
„Urząd, ci zwróci wypłaty” mówi. „Nic, nie stracisz”.
Najwyraźniej są na ty, najwyraźniej to znajomość spoza urzędu.
Wymienia przy okazji jego imię, ale jakie przepadło w mrokach zapomnienia.
Energiczny uścisk ręki pieczętuję szczęśliwą transakcję.
Biznesmen uszczęśliwiony mknie rączo do wyjścia.
Nie, wygląda on jeszcze (przyznajmy) na na biznesmena pełną gębą. To, zaledwie
poczwarka.
Ale, przymknijmy na to oko.
Sfatygowany, garnitur z garbardyny, pognieciony krawat,, czarne lakierki i białe skarpetki.
To, wyłącznie nieistotne szczegóły.
Widać, tutaj żądzę, odniesienia sukcesu.
Tak, to zarodek naszej rodzimej przedsiębiorczości.
Nie oszlifowany diament.Nie zżymajmy się jednak małostkowo:
już, za kilkanaście miesięcy, będzie niewątpliwie wyglądać inaczej,
wkrótce zmieni garnitur, ktoś mu uświadomi, że białe skarpetki jednak nie pasują do czarnych
trumiennych lakierek, nawet jeśli robiły furorę na wsi w latach 80-tych, na wiejskiej zabawie,
gdzieś pod remizą.
Reszty, dopełnią lektury kolorowej prasy przez żonę, panią prezesową, wizyty w lokalnym Center
Biznes Club, wyjazdy do Wa-wy, zasłużone wakacje na Malcie, Grecji czy Krecie.
Nic, że obecnie jeszcze przyszły przedsiębiorca nosi, klapki do garnituru. Jak, się rzekło nie
należy być małostkowym, to cecha ludzi niskiego lotu.
Myśli, przypadkowego i mimowolnego świadka, tej ważkiej acz zapewne częstej rozmowy, jaka
się rozgrywała w pierwszej połowie, lat dziewiędziesiątych, kiedy to wilki rodzimego biznesu
wkraczały na arenę, otóż przez chwilę, zawisły wokół tych paru szwaczek, które dopiero
zarysowane w tej opowieści, stały się już, jakaś wymierną liczbą, przeliczone na sumę, już
zarachowane na poczet przyszłych zysków,
Wyobraził sobie, nieszczęsne kobieciny, oblężone przez dzieciarnię i bezrobotnych, lub
pracujących na czarno mężów.
Będą harować nocami, czy dniami, drżąc o posadę, wypruwając żyły, wierząc, że już za
kilka miesięcy, pół roku,najpóźniej rok, dostaną wreszcie wciąż, obiecywaną umowę na stałe, etat,
stabilizację,
Prezes solennie obieca, tym, które będą się starać, wyrabiać z normą, albo najlepiej
ponad normę stały etat czyli bezterminową umowę o pracę, i wtedy będzie można wziąć lodówkę,
pralkę na kredyt, teraz nie dadzą, bo
kto,to da komu, bez umowy o stałe zatrudnienie ,ani bank, ani żaden pożyczkodawca, ale prezes
wyraźnie obiecał, że już niedługo, jak tylko będzie mógł, jak się sprawdzą, firma jest nowa ,, ale to
pewne tylko, że przedtem musimy dać słuchajcie, z siebie wszystko”.
Może już w przyszłym roku, będą marzyć w nieodległej przyszłości, przyszłe pracownice
szwalni, w godzinach, ciężkiej pracy, nie świadome, że ich los się już dawno, rozstrzygnął, został
przesądzony, właśnie tutaj i teraz, w tej chwili na tym uroczym korytarzu prowincjonalnego
urzędu pracy.

 

do pobrania

Garnitur z garbardyny

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s