Interior (opowiadanie)

 

To nie miało żadnego sensu. Stał tam i patrzył jak palą się świąteczne lampiony. W całym mieście być może je rozwieszono a być może tutaj przy sztucznym lodowisku, które pojawiło się w samym środku miasta. Patrzył na jej wargi niewysoką sylwetkę. Naprawdę była niewysoka, mówiąc delikatnie. Ale,nie to było felerem. Głowa na o wiele za krótkiej szyi, wznosiła właśnie do góry i w tym momencie się uśmiechała patrząc na ślizgających się po nawierzchni lodowiska ludzi. Był trochę, rozbawiony jej entuzjazmem, trochę znudzony, trochę miał poczucie winy.
Ponieważ, nie traktował tego tak jak ona traktowała.
On też się uśmiechał, chociaż właściwie bardziej dlatego, że ona się świetnie bawiła. Najzwyczajniej w świecie, z którego przybyła, nie było śniegu chyba, że w zamrażalce, a to nie to samo. Zresztą i tutaj nie było prawdziwych zim, to znaczy z śniegiem i mrozem. Wyspa,klimat morski. Może, kiedyś było inaczej ale od czasu, prób z sputnikami (tak, niektórzy twierdzą),klimat dostał bzika i się zmieniał. Sputniki wyobrażał sobie, jako coś na kształt chmary owadów, krążących wokół latarni.

Nie, wiadomo na dobrą sprawę, do czego były potrzebne. Do,czegoś były. A co do zmian klimatu. Trzeba powiedzieć, że zmieniał się, wyłącznie na gorszy. Nie,zapytał, czy tam gdzie mieszkała nie mieli sztucznych lodowisk. Pewnie,mieli. Jeśli, mieli lodówki działające w tropikalnym upale. Wyobraził sobie dżunglę, albo coś takiego, gdzie siedzący na rowerze człowiek pedałuje, żeby wytworzyć prąd, do zasilania urządzeń.
Radia, lodówki, laptopa.
Jak koń pociągowy. To, dziwne ale nie umiał sobie wyobrazić czegoś co, jest pozbawione, rzeczy których już się nie zauważa, gdyż są tak oczywiste.
Elektryczności, komunikacji, telefonu (obecnie także, sieci internetowej).Co, zarazem dziwne, marzył nieraz o takim pierwotnym, oderwaniu się, od rzeczy, bez których na dobrą sprawę, można egzystować, nawet jeśli wydają się niezbędne. Ale, liczba rzeczy niezbędnych, jest w gruncie rzeczy o wiele węższa, skromniejsza niż rzeczy do których jesteśmy przyzwyczajeni. Przynajmniej nie potrzebowali centralnego ogrzewania mimo, że noce podobno potrafiły, być chłodne i temperatura drastycznie spadała.
Mieszkała w samym centrum tego, odkrytego parę wieków wcześniej kontynentu- podgrzewacza, który kojarzył mu się, nie wiedzieć czemu z tosterem. Kontynent, toster. Podgrzewał, roślinność, ludzi, zwierzęta. Przyroda przybierająca monstrualne rozmiary, ludzie przybyli z Europy, tracący punkty odniesienia w wrzącym pępku świata. Wiadomo jak działa toster. Podgrzewa i brązowi tosty.
Ona, była takim tostem tyle, że nieco już przywiędłym: jej przejrzała twarz, dziwnie korespondowała z ciałem, które zdawało się należeć do kogoś o wiele młodszego. Kiedyś pomyślał, że powinien ją poznać dwadzieścia lat wcześniej. Teraz, teraz to były ścinki życia sklejane z uporem w niezbyt składną opowieść.

Tak, jak dziwaczne zdjęcia, które mu przysłała w kilka miesięcy po powrocie do swojego kraju, zdjęcia wazonu, glinianego, o wysokości prawie metra oklejonego maniakalnie wokół jego obwodu od góry do dołu, jej zdjęciami. Nie wiedział, gdyż już wtedy, jej nie odpisywał, chcąc zatrzymać bezustanny potok słanych wciąż e-maili, czy to była jakaś dziwaczna autoterapia, czy wybuch kreatywności a może szaleństwa ( lub każdej z tych rzeczy po trochu). Miał, wrażenie, że na tym dzbanie, amforze ( a więc pustym w środku naczyniu), oklejonym z zewnątrz zdjęciami, pokazała coś, czego była świadoma, ale poza słowami. Były, to jej zdjęcia z różnych okresów czasu, gdy była o wiele młodsza. Ale, ta historia była zewnętrzna była opakowaniem, jak kobiece kształty tego dzbana amfory. Wewnątrz, była pustka, wydrążona brzoskwinia bez pestki.
Jednak, tam nie mogło być tak gorąco, uświadomił sobie, ponieważ na zdjęciach w Internecie, widział równiny, pola rosnącej pszenicy czy żyta, ludzi na koniach zaganiających wieczorem bydło.

Tak, więc mieszkała w czymś, co się nazywało interiorem. Daleko od stolicy, i jak się zdaję, daleko od wielkich, słynnych brazylijskich miast. Zupełna, płowiejąca prowincja w głębi lądu. T a m jednak kojarzyło mu się wyłącznie z chaosem, brakiem porządku. To, co poza Europą. Nie, interesowała go jednak egzotyka. Był skupiony na tym, co się teraz rozgrywało i tutaj. To, ciekawe ale nie był też zainteresowany ani tego skąd pochodzi, ani jej przeszłością. Istniała dla niego tylko w tej chwili, w teraźniejszości i to krótkoterminowej. Może, dlatego , że przyjechał aby zapomnieć o przeszłości, i nawet cudza przeszłość go wyłącznie drażniła. Miał dość historii takich czy innych. Było dobrze jak było, dopóki będzie to co jest. Patrzył jak ślizgają się ci, którzy weszli na lód. Chwiali się, przewracali, łapali aby się podtrzymać, równie niepewni (przynajmniej niektórzy) jak, łabędzie, które wyszły na brzeg jeziora. Byli, jednak tacy, którzy jeździli całkiem sprawnie, śmiejąc się, ciesząc samą jazdą, dryfowaniem, poprzez pustkę.
Raz widział, coś takiego i to tutaj, stado kaczek i łabędzie, które nie niepokojone w centrum metropolii, to była zdaję się , dzielnica Westminster, wyszły na brzeg podążając za ludźmi, domagając się karmienia. Była ich cała chmara i wydawały się wręcz natarczywe, przyzwyczajone do tego, podążania za obserwującymi je ludźmi, dreptały po ziemi londyńskiego parku, domagając się chleba i innych przysmaków, jakimi zapewne je tutaj karmiono. Wyglądał ten zbiór kaczek, łabędzi i innych ptaków wodnych, jak pielgrzymka, krucjata, zlot fanów jakiś używek, który wiedziony lunatycznym pragnieniem, opuścił naturalne środowisko, co wywarło na nim dziwaczne i niezbyt miłe wrażenie, jakby ujrzał obrazek zupełnie nienaturalny, mimo, że jakoś adresujący do wyobrażeń, z średniowiecznych arrasów, Raju, w którym nie ma śmierci, a ludzie i zwierzęta, żyją razem w wytęsknionej, przed ustawnej, harmonii. Chłód, nieco dobrał się do niego pomimo warstw ubrań, przedarł przez nie i powiedział wtedy, że powinni wracać, zwłaszcza, że on ma przed sobą jeszcze kawał drogi do siebie. Nawinęła się w międzyczasie jakaś para jej znajomych. Jego znajomi (przynajmniej wtedy), wszyscy mieszkali pod Londynem. Znowu poczuł rozbawienie, widząc z jaką dumą jej znajomi wkraczają na tą dość oklepaną rozrywkę.
Z drugiej strony było mu jakoś, niedobrze, jakby było, to wszystko zgoła nie, tak.

A może, to on był tym, kogo właśnie wystawiano do wiatru? Dręczyło, go nieznośnie poczucie nierealności, tego co się właśnie działo. Jej znajomi chyba, tym byli nieźle, podekscytowani, nawet tym, że ona powiedziała, że będą się ślizgać, następnym razem (którego nie było) i pewnie się domyślili, że mają zbyt mało kasy. Ludziom, takie rzeczy sprawiają podskórną przyjemność, dowiedzieć, się że komuś, właśnie nie idzie, jak należy. Patrzył jak wchodzą, dziwacznie, ceremonialnie dumni, jakby chodziło o nie wiadomo co, idą wąską ścieżką na lodowisko, a ponieważ to, był wieczór, reflektory oświetlały białą, śnieżną powierzchnię. Jak na obrazie Breughla, tyle, że światło leżało na ich twarzach, przywierając do nich, jak martwa woda, oblepiając i promieniując z sztucznym ożywieniem z jarzących się reflektorów. Nie, ma nic bardziej żałosnego niż, pełne pulsującego życia, centrum w którym ludzie, krążą niczym owady od jednej atrakcji do drugiej, wciąż popędzani, nieustanną wolą, aby zaznać c z e g o oś.
Usiłował obiecać, że tu wróci i w to uwierzyć, ale wiedział, że nigdy tu nie wróci. Nie istniał , żaden powód, aby tu wracać, nie miał ochoty się ślizgać, nie dzisiaj, to na pewno. Może, dobrzy by się bawił kiedy indziej, może nie. Peszyło go, że zabrakło mu pieniędzy, z drugiej jednak strony przekroczył już i tak w sposób karygodny, budżet. Chodziło, o to, że te przyjazdy tak, czy owak , go rujnowały, ale, z drugiej strony, miał wrażenie, że gdyby nie przyjeżdżał, o wiele trudniej byłoby mu znieść codzienność, która nie była wcale kolorowa. Niewątpliwie nie przypominała kolorowych fotografii. Rzecz w tym, że niektóre słowa obiecują więcej niż spełniają, są mirażem, podobnie jak było to sztuczne lodowisko stworzone tutaj sztucznie między betonowymi wieżowcami i asfaltowanymi ulicami, które jeszcze sto lat, temu pokrywał bruk. Po, którym zniknie ślad, jeszcze zanim dobiegnie końca zima. Nie było co udawać. Pewnie liczyła, że poślizgają się tego wieczoru, chyba go tutaj okrężną drogą przyprowadziła, dopiero blisko u celu, oznajmiając, że jest tutaj sztuczne lodowisko na co , on zareagował z zaciekawieniem, nie tyle nim samym, tyle tym, że jest, niedaleko, w tym dla niego, egzotycznym mieście, nie jest pewien, ale całkiem niedaleko musiał być ten hotel, w którym pracowała , nie oddalili się chyba zbytnio. Ukryła rozczarowanie ale niezbyt udanie, tak, że je dostrzegł.
Nie, nie mógłby zażądać, żeby wyłożyła pieniądze. Ku, jego uldze, nie wpadła nawet na taki pomysł.
Zresztą, tak było z reguły i było to oczywiste, chociaż chwilami czuł, że nie istnieje powód dla którego… Może, wyjątkiem była podróż, którą podjęli w miesiąc później, zapłaciła wtedy, za swój bilet, ale to był jej pomysł, z tym płaceniem. Nie wiedzieć, dlaczego wzdrygnął się kiedy powiedziała, że ma pieniądze i zapłaci za swoją podróż. Nie wiadomo dlaczego, powiedziała, to tonem wesołym, było to w porządku, mówiąc oględnie. Zauważył, że niezwykle pilnuję swoich wydatków, byli razem ale, co do kwestii finansowych, osobno. Więc, nie było w tym nic niewłaściwego, a jednak pomyślał, że to rozdzielanie , że jest jakby to ująć, ostrożna. ”Żadnych zobowiązań“ to właśnie sobie pomyślał. Właściwie zaraz o tym zapomniał i przypomniał sobie, dopiero teraz a przecież, upłynęło już sporo czasu od tamtych wydarzeń. Pomysł podróży do kraju, był jego rzecz jasna ale jak się okazało, potem był to pomysł, tragicznie i głupio niefortunny. Przypomniał sobie też, nie wiedzieć, czemu pewien dzień, szarość płyt chodnikowych w jakiejś dzielnicy Londynu. Siedzi w kawiarni na zewnątrz, czując zapach kwiatów, gdyż niedaleko , właściwie obok tej kawiarni, kwiaciarnia. Kwiaty, symbol życia i śmierci, chociaż on nigdy nie rozumiał zbytnio tego rytuału, a może dopiero teraz po latach dotarło do niego, jak w gruncie rzeczy jest idiotyczne, kłaść na ciele (grób jest ciałem, poniekąd zmarłego, gdyż z nim się splata w węzeł, staję się jednym), otóż zwyczaj kładzenia kwiatów, czegoś tak nietrwałego, co przemija. Przypomniał sobie jakąś historię, którą mu opowiadała, o jakimś zabójstwie prostytutki w Londynie, szli gdzieś, (gdzie to było?), i nagle wskazała ręką na jakaś skrzynię z piaskiem, ustawioną na ulicy. „O, tu znaleźli“. Co? „Rękę, czy nogę, fragment ciała“. Corpus Delicti. Jak ,zrozumiał szło o to, że ktoś szatkował kobiety lekkich obyczajów i rozwoził po mieście to , tu -to, tam. Nie był jednak pewien, czy dobrze ją zrozumiał (znajomość angielskiego, podstawowa, nieuniknione pomyłki). Jednak prawdę mówiąc, po cóż, mężczyźnie i kobiecie znajomość, języka, skoro i tak, to co, najistotniejsze rozgrywa się bezsłownie?
Popatrzył, na nią jej fascynacja, wydało mu się, jednak skądinąd dziwna, ale dotarło, do niego, na zasadzie domysłu, że być może chodzi o jej ,,przyjaciółkę“, pracującą w tym biznesie, tutaj: nie wiadomo dlaczego, skoro świat, który zostawiła, nie był najgorszy. Miała dobry zawód, rodzinę, dla pieniędzy? Większych pieniędzy? Co, sprawia, że niektóre kobiety tak, podczas gdy inne nie? I dlaczego miałby szukać odpowiedzi na to pytanie? Albo, w ogóle je sobie zdawać? Dlaczego i czym miałby się przejmować? Co, do niej natomiast, wtedy to sobie uświadomił, chyba po raz pierwszy, że jest typem kogoś kto żyje cudzym życiem. Światłem odbitym, a sposób w jaki o niej opowiadała( o tej swojej przyjaciółce), tkwiła jednocześnie przygana, smutek, który mieszał się chyba z nieuświadomionym podziwem, może nawet zazdrością. Niespecjalnie go, ta historia zresztą obchodziła. Być, może uważał, jakkolwiek to zabrzmi, że kto się wdaję w ryzykowne sytuacje, sam sobie jest winien. Miał ochotę, wzruszyć ramionami i powiedzieć, a w czym to nas dotyczy? W jakiś sposób był zły na nią, gdyż naruszyła jego wyobrażenie tego miasta. Chciał, żeby pozostało takie jakie było dotąd.
Zbliżały się święta.
Nie mieli pieniędzy na wstęp na teren sztucznego lodowiska. Nawet na jedną osobę. Był nieco, zażenowany tym, faktem. tamtych czasach nie miał jeszcze karty kredytowej. Powiedział jej, więc swoją łamaną złożoną z kilku zaledwie zdań angielszczyzną, że może, następnym razem. Powiedział tak, żeby ją pocieszyć ponieważ, była wyraźnie ożywiona, szczęśliwa i wręcz zachwycona widząc na żywo to, co widziała przedtem zanim wyjechała z swojego upalnego kraju jedynie w telewizji.
Śnieg, zimę, łyżwy. A on lubił, kiedy ludzie, z którymi przebywał dobrze się czuli. Przynajmniej jeszcze wtedy tak było. Zdaję się, że bardziej go, to zajmowało, niż to, żeby on się czuł dobrze z ludźmi, którzy go otaczali. Nie, powyższa myśl też dotarła do niego z dużym opóźnieniem, nie pomyślał tego, wtedy gdyż nie zdawał sobie sprawy, z tego, jak mało jest to dla niego istotne. Nie powiedziałby jej również tego, co myślał, jakoś mimowolnie i zarazem w sposób oczywisty, ponieważ nie chciałby jej zranić, ale traktował ją trochę jak maskotkę. To sprawiało, że czuł się w jakiś nieokreślony sposób winny. Kolorowy neon tkał swój zmienny różnobarwny, obraz złożony z pikseli, które, niczym atomy Demokryta układały się w wciąż nowe obrazy, niczym mandala usypywana i niszczona przez mnichów buddyjskich.

Ten trwający właśnie obraz, za chwilę rozsypie się, przeobrazi w zupełnie nowy. A potem, nowy i nowy i kolejny.


Jednak źle zinterpretowała, całą gamę myśli, która musiała przemknąć przez jego twarz zapewne sądząc, że jest mu przykro z tego powodu, że nie wejdą na lód.
-Nie odparła żywo gestykulując.
Następnym razem tego lodowiska może już w tym miejscu nie być. Podobno mają je przenieść gdzie indziej. Jakiś czas jest w jednym miejscu (dzielnicy) a kiedy ludzie się znudzą przenoszą je w następne. Ale to nic-powiedziała-przywierając się do niego.
Wokół nich widać było tłum objuczony prezentami, pakunkami, dokonanymi zakupami, który wędrował w migotliwej zmrożonej chłodem aurze miasta. Ludzie spacerowali, spieszyli się dokądś, z pakunkami, mimo, że było jeszcze dość czasu do świąt, panowała atmosfera jakby to było, już tuż. Nie wiedzieć, czemu odczuwał jakaś zazdrość, wobec wydawało, by się pewnych siebie, zamożnych mieszkańców metropolii.
Pewnie i to wrażenie było zgoła fałszywe. Pewne jest również to, że to wszystko nakręcają supermarkety, co roczna gigantyczna sprzedaż, wielka kulminacja, kiedy ludzie nie wiadomo dlaczego, kupują bez opamiętania, jak szalone króliki, co im tylko się nawinie na oczy. Pewnie sprawia to w pewnej części, zarówno przedświąteczna melancholia jak i świadomość, że święta kiedyś się kończą.
Byli częścią tego tłumu i zarazem nie byli do końca.
Wiedział, że niedługo wygaśnie jej wiza. Rozmawiali, o tym, jednak jak go zapewniła, była już w ambasadzie, i uzyskała, czy też była w toku, jej przedłużenia. Nie, to jednak było zaskakujące. Już po kilku dniach znajomości zaczęła mówić o ślubie. Nauczyła, się nawet od kogoś, mówić, coś co brzmiało jak muuj mężu. W kółko to powtarzała, a on udawał, że go to , nie drażni, chociaż wyprowadzało, go to, nieustannie z równowagi. Nie, miał jednak odwagi, jej powiedzieć, żeby przestała. Patrzył więc , tylko na nią i się uśmiechał, nic nie mówiąc. Nie brał tej możliwości w ogóle pod uwagę ( w gruncie rzeczy). Nawet nie wiedział, czy… Mogliby zamieszkać razem (przynajmniej jeszcze wtedy na samym początku brał to pod uwagę). To, było naprawdę na samym początku, zanim usłyszał, co ona ma w głowie, bo to sprawiło, że momentalnie mu przeszło.
Ale rzeczywiście byli raz w jednym mieszkaniu od frontu wchodziło się z ulicy, był tam piekielny ruch, pełno straganów i sklepów prowadzonych przez muzułmanów.
Czuł, się tym z lekka oszołomiony, jakby wpadł do gwarnego pubu, czy sali tanecznej. Było , to dla niego wtedy absolutną nowością, ponieważ w tej pod-londyńskiej miejscowości z której przyjeżdżał (i gdzie mieszkał od pięciu miesięcy) muzułmańska była tylko niewielka trafika z papierosami i gazetami. A może, hinduska.
Tam, kupował nieraz papierosy wracając z miejscowego supermarketu. Dla uzupełnienia trzeba dodać, angielskiego supermarketu. Jak zauważył, były półki z napisami, angielskie produkty. Jak zauważył, to obcokrajowcy kłębili się w sklepach prowadzonych przez przybyszów z poza europy. Dostrzegł to, tamtego dnia kiedy pojechali do tej dzielnicy, gdzie mieli obejrzeć, i obejrzeli mieszkanie przyległe do ulicy. Wychodziło się prosto z niego (było na parterze), na ulicę.
Tutaj natomiast, w tej dzielnicy (jak, to była dzielnica? Nie zapamiętał), wzdłuż całej długości, ulicy ciągnęły się sklepiki z zadaszonymi kolorowym płótnem , wystawionymi na chodnik, piramidami owoców i warzyw. Dookoła panował gwar i ruch, niezmożony, mimo że był zimowy wieczór, ale w niczym i nikomu to nie przeszkadzało. Zupełnie jakby byli na Bliskim Wschodzie, o ile można użyć tego, porównania skoro nigdy, nie był na Bliskim Wschodzie.

To, wtedy kiedy wracali , z tych oględzin, opowiedziała, nieco więcej o sobie. Był, zbyt zmęczony (przyjechał po pracy), żeby się nad tym zastanawiać, i zadawać, pytania. Zresztą wypytywanie nie leżało w jego naturze. Po ostatnie, byłoby to trudne biorąc pod uwagę, ograniczony zasób słownictwa.
Szybko się zorientował, że , musiała to być dzielnica niezbyt odległa od tej gdzie mieszkała (nie jechali długo autobusem, przynajmniej jak na Londyn), więc również i tutaj zapewne gnieździła się biedota. Właściwie wtedy sobie jeszcze nie uświadamiał , tej współzależności, że tutaj od lat ceny gruntów, mieszkań i ludzie mieszkający na danym obszarze, to są rzeczy z sobą ściśle połączone. No, ale przyjechał z takiego dziwnego kraju, gdzie, tak, nie było. Przynajmniej przez sporą cześć jego życia, dopóki upadły komunizm (a raczej socjał-komunizm) nie stał się fazą poprzedzającą kapitalizm. Stąd też i cena mieszkania nie była wygórowana. Nawet mu się to podobało, ten pomysł, ale z drugiej strony to się działo za błyskawicznie i nie tylko, to , że musiałby zmienić pracę i przyjechać do stolicy a tego nie miał ochoty robić.
Pogorszyłby swoją sytuację materialną, a tego na razie nie chciał robić.
Jej zarobki, były zbyt mizerne i nie stabilne, pracowała od zlecenia do zlecenia. Chyba, wtedy kiedy wracali dowiedział się, że była uzależniona od kokainy ( czy heroiny, już nie pamięta) oczywiście w parze z alkoholem. To, mu nie przeszkadzało, to nawet ułatwiało zrozumienie tego zrywu (była przed czterdziestką), i ruszenia w świat.
Tłum mijał ich, patrzył na kolorowe oświetlone stragany z warzywami i owocami, z najrozmaitszych zakątków świata. Słyszał, jej głos, zaledwie połowę z niego docierało do jego uszu, gdyż panował gwar, a poza tym poruszali się oboje w obcym języku w którym, nazywanie rzeczy, uczuć, relacji, zwykle trudne (przynajmniej on miał taką trudność, toteż zadziwiała go łatwość, z jaką niektórzy używali słów, łatwość, która obracała słowa w kupę kamieni, leżących na jakimś opuszczonym płaskowyżu -tak, że język, stawał się czymś bezużytecznym jeśli wyłączyć jego zwykłe, podstawowe zastosowania, tutaj nie potrzeba było słów) więc, nie tylko z powodu hałasu, ale brak opanowania reguł komunikacji w języku, który nie był ani jego ani jej, nie należał do nich a był jedynym w którym można było się porozumieć. Jednak to , sprawiało, że największe nawet sprawy, sprowadzały się do suchych komunikatów informujących o tym czym owym. Język był nie mapą ale folderem dla turystów. Spacerowali po jego powierzchni, unoszeni ulicznym prądem, który w ruchu, który generował, zanurzał, pozwalał ukryć, bezcelowość w gruncie rzeczy jakiegokolwiek poruszania się. Przez chwilę myślał o jakiejś możliwej, zapewne istniała, starożytnej sekcie, która wywodząc się z jakiejś greckiej teorii w przeszłości, uznawałaby ruch, jakikolwiek rodzaj zmiany za złudzenie. Ruch, podtrzymuję życie, jego funkcję, on jednak wyobraził sobie właśnie sektę, tych którzy przestają poddawać, się temu biegowi w labiryncie, obnażając fakt, że życie jest zakładnikiem swojego końca. Niezbyt miłego, mówiąc wprost i dosadnie, szpetnego końca. Z drugiej strony zastanawiał się na tą, perspektywą, życia w dwoje w tym, wychodzącym na rojną ulicę mieszkaniu, gdzie wieczorami leżałby w cieple, jak zwierzę czując na końcu języka, jedynie sól skóry. Jego, potrzeby jakiekolwiek zredukowały się to tego, co dotykalne, gdyż ten obcy, nieznany kraj, odbierał mu poczucie rzeczywistości. Usiłował temu zapobiec, jakimś zmysłem przetrwania, instynktem samozachowawczym.
Pozostawała kwestia, czy się przeniesie. Jego przeniesienia się do stolicy. Ściśle rzecz ujmując wyglądało na to, że w stolicy byłoby mu ciężej i na pewno nie zarobiłby tyle, żeby utrzymać obecny poziom dochodów. Od razu odrzucił, tą myśl. Przynajmniej w chwili obecnej , tak jak się rzeczy miały wykluczył taką możliwość.
Szedł i przyglądał się tym straganom, było głośno i kolorowo, strumień ludzi, jakby ta dzielnica nie kładła się nigdy spać. Nie, to jednak przeważyło szalę. Nic z tego nie wyszło i to z powodów, które wyszły później.. Stracił zapał po jednej z jej opowieści. Dostatecznie dobrze , nie żeby się wczuwał ale kiedyś czytywał nieco literatury mistycznej chrześcijańskiej. Może, i jest w błędzie. To wszystko prawda co usłyszał. Ale, wolał tego nie sprawdzać. Ponieważ nie była przyzwyczajona do zimna nosiła grube warstwy ubrań, rękawiczki i okutana była szalem. Raz przyjechała do niego na parę dni i nie wychodzi li praktycznie z łóżka i pokoju. Pomijając drugiego czy trzeciego dnia jakieś potrawy, których smaku nie zapamiętał. Nie umiała gotować, zresztą prawdę mówiąc w łóżku, też nie była nadzwyczajna. Kiedy doszedł w jej ustach nie zachowała się jak dama, tylko wybiegła do łazienki i (jak się, później przyznała skruszona) zwymiotowała. On, z kolei nie był przyzwyczajony do problemów na linii męsko-damskiej, przynajmniej w tym wymiarze.
Mówiąc eufemistycznie, jemu nie smakowało, to co ona gotowała a jej nie smakował on. Pozornie, to drobiazg ale od takich drobiazgów widać pęknięcia, jak na budynku kamienicy, której grozi zawalenie. To, oznaczało, kiepskie fundamenty a to, brak pozytywnych perspektyw. Aha, nie może być pewien czy tak było, ale chyba chciała, go zaciągnąć do jakiejś wróżbitki. Poznajmy naszą przyszłość czy coś w tym stylu. Kiedy przyjeżdżał urywali się na miasto lub wracali do wieloosobowego mieszkania, w których kilku (bodajże czterech czy pięciu pokojach) koczowała niezliczona liczba emigrantów. Kiedy przychodził wylegali niepewni, kim jest. Był biały. Mógł być policjantem, urzędnikiem Urzędu Imigracyjnego, każdym. Prawdę, mówiąc, niezbyt mu ufali, co jednak traktował jako rzecz nie istotną. Przynajmniej do czasu. Po przyjściu, kąpali się i szli do łóżka piętrowego łóżka (miała posłanie na dole) i starając się nie robić nadmiernie hałasu uprawiali miłość. Było, to nieco śmieszne, ponieważ przechodził za nią przeciskając się do małego obskurnego prysznica, gdzie ledwie starczało miejsca na dwie osoby, a jeśli chciało, się czegoś więcej, to owszem można było, ale niezbyt było wygodnie, chociaż nie niemożliwe. Prysznic, był zdewastowany, ale on od zawsze lubił wspólne kąpiele, to była jedna z tych rzeczy, które dawały poczucie intymności, Jakimś kątem, świadomości, wiedział, że za cienkimi drzwiami, przepierzeniem, jest od razu kuchnia, w której siedzi teraz pewnie parę osób. Było, to nieuniknione wchodziło się wprost z kuchni, a teraz przy wieczornej porze, wszyscy okupowali, to pomieszczenie, gotując kolację, posiłek ostatni tego dnia. Nachyliła , się i wszedł w nią od tyłu, woda spływała po jej plecach, miał przed oczami jakoś dziwacznie, śmieszny czepek, chroniący włosy przed zmoczeniem. Osobiście nie lubił, natomiast kończyć dzieła w strugach wody, woda osłabiała wrażenia, skóra inaczej reagowała. Ten, czepek jakby byli małżeństwem od x lat, który założyła idąc z nim (on, szedł za nią w końcu on, tu był gościem), był demonstracją siły, splunięciem na zawistną rywalkę, która, jako mężatka, zapewne wygadywała za jej plecami niestworzone rzeczy, och, kobiety, potrafią uderzać, do krwi, na swój własny, robią sobie nawzajem małe niewidoczne dziurki, przez które zaglądają sobie do środka, a raczej innym kobietom, czują ślepym instynktem, kiedy uderzyć i w jaki obszar, czysty nagi instynkt, odwieczny sposób: tak, więc szedł w pełnej skupienia ciszy za nią, czując spojrzenia innych za plecami, siedzących w kuchni, na dwóch krzesłach, taborecie i podłodze, gdyż miejsca było mało a chętnych wielu.
Któregoś razu , powiedziała nieoczekiwanie ,, znowu to robię”. Nie spytał, o co chodzi. Zapewne, był to jakiś nagły przypływ skrupułów, wspomnienie, albo wewnętrzny nakaz, zakaz, słowo, pamięć, lub złamane przyrzeczenie. Zesztywniała, nagle jak ryba wyrzucona na brzeg. Nie wiedział, czy usłyszał w jej tonie wyrzut, czy rezygnację, czy też wszystko na raz, jednocześnie pomieszane jak w pokoju, gdzie podłoga jest zasłana rozrzuconymi niedbale ubraniami. W pokoju nadal trwała cisza zbyt doskonała, żeby była naturalna. Nad nimi leżała młoda dziewczyna młodsza od niego i do niej, która przyjechała skądś bodaj z Argentyny. Była całkiem niezła, prawdę mówiąc, młoda, skrępowana jego obecnością, a on usiłował się zachowywać jak najciszej, co oczywiście dawało skutek przeciw skuteczny, ponieważ z każdym poruszeniem, coś jęczało, skrzypiało a on zastanawiał się kto jeszcze nie śpi oprócz niego i jej rzecz jasna z pozostałej czwórki albo piątki w tym pokoju. Usłyszał w którymś momencie jak się obraca zaskrzypiały sprężyny a wtedy ona powiedziała półgłosem tak, żeby wszyscy to na pewno ona usłyszała: -Pewnie się tam teraz masturbuję. Wściekłość w jej głosie niezwykle go rozbawiła.
Właścicielem mieszkania, który odnajmował je innym za sowitą opłatą był sprzedawca w jednym z londyńskich sklepów. Dokładnie sprzedawca markowych spodni. Tych z górnej półki.
Jego wygolona łysa czaszka wiecznie świeciła jak nakremowana.
Nie wiedział kim był, ale też doprawdy nie był ciekawy.
Któregoś dnia zastał go (czekał na nią musiała zostać w pracy nieco dłużej) jak przy muzyce z lat osiemdziesiątych (zupełnie kiczowatej i przesłodzonej) w leginsach ćwiczył do rytmu piosenek.
Wyglądał jak parodia aktorki z amerykańskiego filmu o Aerobiku.
Było kiedyś coś takiego. Zdumiał się kiedy ujrzał, jak tańczy a właściwie gimnastykuje się z pełnym zaangażowaniem, nieświadom niczyjej obecności (głośna muzyka zagłuszyła odgłos zamykanych drzwi).A być, może szło jeszcze o to, że wpadł w osobliwy trans. Jego twarz wyrażała tęsknotę, jakaś nieosiągalną żądzę stania się kimś kogo, ciało nie zestarzeje się, pozostanie sprawne, giętkie, gibkie, elastyczne i jak z stali. Nie był świadom, że ktoś go widzi w tej chwili, dlatego stał się mimowolnym świadkiem tej na pół ekstatycznej mimiki połączonej z akrobatyką na pograniczu baletu.

Co, ciekawe uprawiał swoją akrobatykę, jak się wydaję na stole.
Przyjechał skądś, gdzieś z środka mrocznego kontynentu, po to, żeby w przeludnionym zatłoczonym londyńskim mieszkaniu w kolorowych leginsach ćwiczyć aerobik do wtóru kiczowatej muzyki filmowej do amerykańskich produkcji z lat osiemdziesiątych zeszłego wieku.
Takich, których już nikt nie pamięta, chociaż kiedyś przepełniały sale kinowe.
Był nawet taki, film pod tytułem ,,Aerobik,,. Ale, tego nie był pewny. Usiłował niedawno, odnaleźć to, wybitne dzieło, kinematografii, ale skończyło się tylko, na niezliczonych wcieleniach Jane Fondy. Tej, która zawsze była po właściwej stronie.
Lata osiemdziesiąte, naprawdę były specyficzne.

Z jednej strony, aerobik, kult ciała, kiełków pszenicy, żywego odżywiania, z drugiej, wojna w Afganistanie, ciężka recesja, Margaret Thatcher najechała Falklandy i pogrzebała górnictwo.
Byli hipisi, przeobrazili, się ciało wierzących twardych monetarystów.
Aktor został prezydentem
Zaczynał święcić, tryumfy kościół scjentystów.
Powrócono do teorii Darwina.
Również w ekonomii.
Lucas nakręcił gwiezdne wojny.

Jednym słowem zapanowała totalna, niepojęta nierzeczywistość.
W kraju z którego pochodził panowała z kolei chłodna cisza uwieszona generalskich okularów. Niektórzy w letnie wakacje zakładowe, spoglądali tęsknie z brzegu plaży marząc o dotarciu materacem na brzeg Szwecji.
Podobno ktoś próbował.
Podobno komuś się udało.
Hollywood kręcił ostatnie dobre filmy.

Ale, to oczywiście było tylko jego zdanie. Po, prostu nie odbierał , już dookolnego piękna, jego estetyka i estetyka wciąż gnających do przodu czasów zaczynała go przeganiać. Nie ubolewał nad tym. Przyjmował to, jako fakt.
Trzy czwarte świata mogła nie wiedzieć, jak n a p r a w d ę wygląda Zachód, ale wiedziała to doskonale z amerykańskich filmów:
nawet nie superprodukcji a właśnie z zwykłych, przeciętnych produkcji.
Rzecz w tym, że kiedy myślisz o wzorcu estetycznym, myślisz od razu, o tym czymś z górnej półki, ale tak naprawdę tego nie ma w twojej świadomości, nawet kiedy zapytany od razu, odpowiadasz na głupie pytania w rodzaju,
np.
Jakie filmy które wywarły na tobie wrażenie? Albo,,najważniejsze książki,,albo jakieś inne głupie, nieważne rzeczy.
Natychmiast odpowiesz wymieniając jakieś arcydzieło np.”Apokalipsę” albo „Lot na kukułczym gniazdem”.
Rzadko kto się przyzna w pierwszym odruchu a może też, nie jest świadomy, że rzeczy,
które naprawdę wywierają na nas wrażenie, bywają zgoła nie tyle kiczowate, co wręcz trzeci o- a nawet -czwartorzędne.
No, więc w nim utkwił tamten film z aktorką, której imienia nie pamięta ale twarz świetnie.
Stał, tak i nie wiedział jak się wtrącić, ponieważ chciał zapytać, gdzie jest Paskuda.
To, było wzruszające, czuł się jak ministrant przyglądający się uroczystej celebrze przy ołtarzu.
Brakowało tylko dzwoneczków i kadzidła.

Tamten w końcu raczył, zauważyć jego obecność, to ,że się przygląda jego akrobatycznym wyczynom, które zrozumiał chyba zupełnie opacznie, gdyż nagle zaczął się wdzięczyć jak gość, który na coś liczy.
O, tym mu, któregoś dnia opowiedziała. Któregoś dnia wszedł do tego pokoju w którym spała, i w którym kiedy przyjeżdżał próbowali najciszej jak się da spółkować, gość który tam też miał wynajęte łóżko. Tak, się złożyło że byli akurat tylko oni (on i Paskuda) a reszta, gdzieś brylowała na mieście. Mogło być, tuż przed świętami. Wszedł ciągnąc za długi biały szalik jakiegoś równie nieprzytomnego gościa. Tamten gość był nieźle zaprawiony.
Zanim tamten przyszli dostrzegł książkę na taborecie koło jego łóżka ,,1984” G. Orwella. Wiedział, że tamten był Arabem a potem dowiedział się, że jego ojciec podobno był jakimś dzianym szejkiem a on zwiał do Londynu, żeby żyć po swojemu.
Wymienili parę zdań , zapytał czy to czyta, ponieważ był zdziwiony, że interesują go, takie rzeczy. ,,Oni przedtem byli razem” powiedziała, któregoś dnia wyraźnie zgorszona.
„Co, masz na myśli?” zapytał. „No, oni byli z sobą. To homoseksualiści.
Byli z sobą ale się rozstali , pokłócili”.
Aha, powiedział.” I, co nadal tutaj mieszka mimo, że się rozstali?”.
„No, tak odparła. Ale nie rozmawiają z sobą”.
Arabski czytelnik G. Orwella i sprzedawca dżinsów, zapalony gimnastyk-akrobata, który wynajął mieszkanie, ponieważ widocznie mógł w odróżnieniu od reszty.
Było nie było, nie wyrzucił go.
Najbardziej niezwykłe było, to że miał ten cały sztafaż, leginsy, nakładki na kostki nóg z materiału. Parę razy wracała do tego, oni byli z sobą i są homoseksualistami. Jeśli o niego chodzi, miał wrażenie, że nie powinna zwracać uwagi , na to co robi jej ,,landlord,,. Przynajmniej nie wśród tych, ludzi, współlokatorów o których jak się wydaję miała nie najlepsze zdanie. Nie, nie chodziło tutaj o szacunek dla prywatności. Po, prostu to się mogło zemścić. Tamten gość, którego ujrzał tańczącego na stole, miał tu wszystkich w garści. Po, prostu. I miał wrażenie, że ten gość potrafi być pamiętliwy. A na pewno zauważył, jej dezaprobatę dla jego ,,stylu życia,,. Raczej niemożliwe, że umknęło to jego uwadze.
To, był skądinąd bystry gość.
Tamtego dnia (może właśnie przed świętami) nieoczekiwanie odstąpił im swój pokój niewielki w stosunku do pozostałych, ale za to samodzielny w którym nikt inny nie przebywał tak więc, mieli go wyłącznie dla siebie, aż do rana. Z początku się zdziwił, jego uprzejmością, ale potem uznał, że to nic niezwykłego. Zapamiętał jednak jego uśmiech. Dziwny ,na wpół ironiczny. Tak,by się mogła uśmiechać kobra, gdyby miała poczucie humoru.
Było tam też jakieś małżeństwo w tym mieszkaniu. Ją widywał wieczorami z włosami wsadzonymi w lokówki, co sprawiało, że czuł się w tym mieszkaniu jakby naszedł kogoś po zmroku i zerwał z łóżka. “Jej mąż” ona tak mówiła z syczącą złością zaprawioną rozjątrzoną goryczą: Oni są małżeństwem, i dlatego, Ona jest taka zarozumiała. Jak rozumiał chodziło o to, że Ona w odróżnieniu od, Niej, nie była mężatką a ściślej byłą nią ,ale w przeszłości. Poza tym między sobą mówili po portugalsku.
Nie powiedziałby, że to co robili przynajmniej z jego strony przypominało miłość. To nie tak. Doprawdy było mu wszystko jednak tak, to zabrzmi fatalnie ale tak było. Po drugie nie czuł się najgorzej w otoczeniu tych przybyszy z opuszczonego przez żołnierzy Cortésa świata. Po samych konkwistadorach pewnie zostały zardzewiałe szyszaki i zbutwiałe sztandary. Oczywiście to pewnie też fantazja gdyż w tego typu klimacie wszystko się rozkłada i podlega rozkładowi z nieprawdopodobną szybkością.
Któregoś dnia wdał się w pogawędkę z jednym gościem.
Był to taki zabawny, lekko grubawy gość.
Mieszkał w tym składzie ludzkim, (czyli mieszkaniu w którym, między ludźmi i ich rzeczami pozostawały tylko wąskie ścieżki, aby przejść przez całą jego długość).Był pomocnikiem w jakiejś garkuchni. Zawód cieszący się dużą popularnością wśród imigrantów. Sam zresztą pewnie tym by się parał, gdyby zdecydował się przenieść do stolicy.
“Wiem”-oświadczył tamten, któregoś dnia.
“Gdzie jest kraj w którym, naprawdę płacą dobre pieniądze”.
“Któregoś dnia tam pojadę”-dodawał kiwając przy tym głową dla dodania swoim słowom odpowiedniej powagi.
Patrzył przy tym na niego chytrze nieznaczenie zezując czy słyszę to, co mówi.
“Gdzie to jest”?-W końcu zapytał, chociaż nie był wcale ciekawy. Tamten nie odparł nic. Znowu chytrze się uśmiechnął. Patrzył nie niego nieco rozbawiony. Dodał jeszcze, że otrzymał od kogoś mapę jak tam dojechać. “Tak, tak” -powtórzył. “Któregoś dnia tam pojadę, gdyż tutaj”-w tym momencie jego twarzy przybrała wyraz wystudiowanej wzgardy-“Tutaj nie płacą dobrze”.
Wydaję się, że usiłował mu chyba coś sprzedać.

,,Gdyby, wszyscy wiedzieli, gdzie to jest, to każdy by tam pojechał od razu i wtedy byłoby tak, jak tutaj,,.

W tym momencie jego twarz się skurczyła żałośnie.

,,Małe pieniądze”.

Uważał, że ten gość nic nie wie, zwyczajnie fantazjuje, chcąc dodać sobie powagi, albo liczy, na to, że jestem głupcem i będę chciał od niego wydębić pieniądze za wskazanie miejsca a raczej drogi do niego. Uroczy, mały kombinator pomyślał.

W obu przypadkach się pomylił. Postanowił go zignorować. Za chwilę zaczęli mówić o czymś zupełnie innym. Potem, już się koło niego tak, gorliwie nie kręcił. To, pewnie przywiózł stamtąd z swojego kontynentu, przekonanie, że niektórzy są głupi i można im wcisnąć dowolną bujdę, a oni to kupią. Ale, on nie był kupcem. Nie,był też sprzedawcą. On, natomiast podobno miał jakiś sklepik, który jednak przestał przynosić dochód. Wtedy, przyjechał tutaj.
Londyn, zwłaszcza jego centrum przypominało mieszaninę wieżowców i niższych budynków. W jednym z takich drapaczy chmur średniej wielkości pracowała, jako hostessa na przyjęciach. Widział jej zdjęcia w tym durnym fartuszku, tego typu personel w hotelach naśladuję nieudolnie dawną służbę w domach arystokratycznych. Parę razy odprowadził ją aż do podziemi, gdzie wchodzili i inni oglądając go przy tym z zaciekawieniem. Schodziło się w dół po schodach dalej było jakieś biuro usadowione w boksie, gdzie okazywało się przepustkę. Dalej nie można już było iść. Owszem któregoś dnia złożył podanie o pracę w biurze hotelu (chciał się przenieść do Londynu),ale chyba kobieta, której to zaproponował nie za bardzo zrozumiała, o co mu chodzi.
Sprawiała wrażenie zaskoczonej i niezbyt przyjaźnie nastawionej. Rzecz jasna pomysł zmiany pracy z kontraktu w pełnym wymiarze na pracę w tym systemie, tutaj był jawnym brakiem rozsądku. Jeśli chodziłoby o zarobki i stabilizację. Ale on (przynajmniej wtedy rozmyślał o tym, żeby się przenieść).Jak to się już rzekło Londyn sam w sobie był męczący choćby z nieustającego ruchu, który w nim trwał. Ale czy to miałoby go zrażać? Jednak, kiedy wyszedł z tego biura wiedział już, że nici z tego. O ile się zorientował, kiedy czekał na nią i patrzył na kończących zmianę hotelową i ich zmienników właśnie wchodzących nieomal wszyscy byli spoza Europy. Być może nie dają pracy nie-Latynosom pomyślał. Swoiście czuł, że pogłębia się w nim jakaś otchłań dziwacznego zwątpienia. Nie bardzo oczywiście byłoby wiadomo co miałby robić, gdyż praktycznie nie mówił po angielsku ale czuł, że nie w tym tkwił problem. Zresztą jej praca dobiegała końca wraz z okresem przedświątecznym. Chodziło o to jej bycie hostessą. “Po nowym roku nie ma już przyjęć firmowych” oświadczyła któregoś dnia. “Koniec”. Kiedy na nią czekał na zapleczu hotelu na przeciw mając łańcuchy odgradzające po drugiej stronie ulicy wraz z samochodami i skuterami, którymi przyjeżdżali pewnie pracownicy tego hotelu patrzył na ulicę wąską jak kiszka stolcowa i zastanawiał się czy jest to jedno z zakończeń wielkiej rafy koralowej, jaką było to miasto. A hotel był jednym z wielkich ukwiałów kołyszących się na swoim, żelbetonowym szkielecie. Kurczył się i rozkurczał wypuszczając gości i obsługę w wymierzonych przez hotelową dobę czasie.
Któregoś dnia pojawiła się wcześniej na mieście nie musiał czekać jak zwykle.-Co się stało? –Spytał.– Była kontrola z Urzędu Imigracyjnego.– Ale to, nic-rzuciła od razu. Wszyscy wiedzą, kiedy będzie. Oni wchodzą od przodu a my uciekamy przez tylne wejście z hotelu.-Aha, powiedział. I co? -Nic–wzruszyła ramionami.-Kiedy już można wracać to menadżer dzwoni. Albo ktoś z mojej zmiany. Usiłował, to sobie wyobrazić jak funkcjonuję taki hotel ,kiedy dwie trzecie personelu nieoczekiwanie go opuszcza. Nawet na krótko. Pewnie jakoś nadal działa.
Była brzydka (jak już to ujął),ale to nie miało znaczenia. Stali gdzieś na moście i spoglądał w nurt Tamizy. Nie czuł się najlepiej ,gdyż jakby to ująć nie był już turystą a zarazem też nie był zadowolony z swojej sytuacji. W wielu wymiarach. Jeśli o nią chodziło to, ( na co nie zwracał większej uwagi) uczyła się od kogoś jakichś zwrotów w jego języku i pierwsze, co opanowała to, mój mężu. Kiedy to usłyszał po raz pierwszy, po prostu się zdziwił.

Dorabia sobie jeszcze, jako pomoc domowa. Kiedyś zmęczony i mocno już wpadający w senność, gdyż dochodziło popołudnie a on zszedł z nocki i ni e zmrużył jeszcze oka (nawet chyba w pociągu też nie zdołał się zdrzemnąć). Otóż, czekał na nią pod Muzeum Darwina. Zanim ją poznał zwiedził parę atrakcji w Londynie. Tate Galery i Muzeum II wojny światowej wraz z podwieszonymi na linkach oryginałami samolotów oraz czołgami i pojazdami pancernymi. Udał się tam wcześniej zanim ją poznał, z kim innym i to była jeszcze inna historia. Nie, żeby go fascynowały tony zakonserwowanej stali, spoczywające w miejscu, które było dla nich nieodpowiednie. Albowiem, co, mniej właściwego dla samolotów czy czołgów, niż wnętrze mauzoleum (ufundowanego w środku cywilnego miasta, które poza nalotami i atakami rakietowymi, owymi słynnymi V-2), nie ucierpiało szczególnie. Nie, tak jak wiele innych miast w tym samym czasie, powiedzmy mniej szczęśliwych. Jednak, czy widział tam wyeksponowaną rakietę V-2? A przecież spadło ich na Wielką Brytanię całkiem sporo. Pewnie była, ale nie mógł sobie odtworzyć jej kształtu, musiał już potem zajrzeć do Internetu, aby ujrzeć przywodzące na myśl, cygaro, kształt, którego dziesiątki lat temu, skryty przed wojną Freud, nie zdążył obejrzeć lub usłyszeć, dźwięku ekspresji niemieckiej mocy twórczej, na ciemnym angielskim niebie. Skamieniałe niebo. Myśli nie wiedzieć czemu, o czterech siostrach, które zginęły w Europie, podczas kiedy nękany nowotworem jamy ustnej filozof w pierwszym miesiącu wojny, wrześniu popełnia dobrowolne, samobójstwo, które dla złagodzenia wrażenie, można nazwać inaczej eutanazją. Tragiczny los rodziny, niczym w greckiej sztuce czy micie, które tak znakomicie interpretuje. Zderzenie myśli i losu. Kamienne schody i żelazne barierki ogrodzenia. Listwy (zawsze lubił, żelazne okucia na schodach). Światło, które współgra z kamieniem i metalem. Wyspiarskie światło, gdyż mimo, że przyjechał parę miesięcy temu nadal się nie przyzwyczaił do chronicznie nasiąkniętego wilgocią. Klimat morski i wyobrażenie, swoistej oddzielności życia w tym eko-systemie. Chłód jest przenikliwy.

(poniższy tekst jest fragmentem opowiadanie pilotażowego dla zbioru opowiadań) pt. tym samym tytułem). Nie, jest to też fragment wykończony, nanoszone są i będą poprawki.

 

@all right reserved  by Marek Schainer

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s