Trzy funty pod ziemią

Po krótki szkic, z wycieczki do National Coal Mining Museum, czyli zamkniętej i zamienionej w muzeum nieczynnej kopalni, węgla brunatnego.

Wybrałem się, tam w piątkowe wczesne popołudnie, autobusem, nie mając pewności, czy uda, się spełnić, główny cel, wyprawy, to jest zejście pod ziemię. Poprosiłem kierowcę busa, uprzejmą panią, aby powiedziała, gdzie mam wysiąść.
Byłem , tak nieprzygotowany, że nie pamiętałem nazwy, miejscowości, tylko nazwę muzeum.
Jednak, okazało, się , że miejscowi kojarzyli nazwę.
Czekałem na dworcu, około czterdziestu minut, na właściwy autobus. Nie, kursuje ich, w tym kierunku zbyt wiele.
Piątkowe popołudnie.
Dużo, ludzi na dworcu, ruch,  zwykły przed weekendowy rozgardiasz.

Zostałem zachęcony do tej wyprawy, ale też powód był, taki, że skądinąd pamiętałem o angielskich strajkach górniczych z lat osiemdziesiątych, jeszcze z czasów stanu wojennego w latach 80-tych.  I wiedząc, że  znajduję, się na ziemiach po Thacherowskich, chciałem niejako  ujrzeć, przeszłość, o której słyszałem w kraju, za żelazną kurtyną. W roku, 1985 miałem, niespełna  13 lat.

Podróż, zajęła kolejne pół, godziny. Dość, prosto dotarłem do recepcji, kupiłem zaskakująco tani,  bilet wstępu. Oszczędzałem aparat, nie wiedząc, że nie można robić zdjęć pod ziemią , a to był główny powód wyprawy, jeden z nich.
Na , samym początku, uderzyła, mnie cena biletu, wynosząca, nie wiadomo, dlaczego 3 funty, od osoby schodzącej pod ziemię.
Jakoś, mnie to frapowało, aż po powrocie, doczytałem się, że tyle, wynosiła, dotacja do tony węglą. Czy, to była ironia właścicieli sprywatyzowanej i zamkniętej kopalni? Cichy, odwet Torysów, którzy do czasu przegrywali, bitwy z związkami zawodowymi? Myśl, taką uznaję za nad zbyt złośliwą.
Zjazd pod ziemię, zajął dwie minuty, może nieco mniej.  Nie, sposób, było tego zmierzyć, z powodu obostrzeń regulaminu.Nie można mieć , zegarków, telefonów komórkowych ani aparatów fotograficznych, ani niczego na baterie (poza kopalnianymi latarkami.To, niedługo,  dwie minuty, ale zarazem uświadamiając, sobie, że jedzie, się wciąż w głąb ziemi, czas ten, wcale nie jest, tak krótki. Winda, ażurowa tak, jak widywane na kronikach filmowych. Przez chwilę, czuję się jak górnik.

Pod ziemią,  napotkamy nowoczesne XX wieczne maszyny, których  manulnymi operatorami byli górnicy, i jednocześnie  jak się zdaję, tunele jeszcze rodem z  XIX wieku, kiedy to  całe rodziny,  pracowały w kopalni, każda w  odległości jedna od drugiej  10 jardów.  Zobrazowane, to jest górnikami- manekinami ubranymi w w górnicze stroje. Ale, to później, na razie zaczynamy zwiedzanie od najstarszego odcinka kopalni.
Przy okazji, uświadamiam sobie przewagę, manekinów nade mną: one, nie trzęsą się z zimna i nigdy nie będą, ile by nie spędziły godzin w tych podziemiach, dociera to do mnie tym dobitniej, kiedy po jakimś czasie, chłód staje się coraz bardziej odczuwalny.
Wracając, do niewielkich miniaturowych tuneli, wyglądających bardziej jak barłóg, jakiegoś zwierzęcia. Dopiero po schyleniu się i zajrzeniu, ich cel się wyjaśnia.
W tym niskim tunelu, czołga się kobieta zanurzona, po nadgarstki, w brunatnym łupku węglowym.
Nie, ona jej manekin, ale oddany z pełnym artyzmu podobieństwem.
Scena jak z Dickensa z XIX wiecznej Anglii, gdzie dostatek graniczył, z bezwzględną walką o przeżycie.
Przynajmniej jeśli wierzyć, literaturze.
W tych, tunelach, wysokich na czterdzieści, góra siedemdziesiąt centymetrów, na czworaka, całe rodziny, wydobywały urobek, kobiety, mężczyźni , dzieci.
Kolejny, położony naprzeciw tego, miniaturowego,  ma wysokość dorastającego chłopca, lub mężczyzny o wzroście karła.
W środku , niewysoki chłopiec-mężczyzna, prowadzi , niewielkiego konika, który jest wzrostu nieco, większego niż kuc. Kuce,  jednak nie uciągnęły by, ciężaru urobku.
Ujrzane na powierzchni,  w zagrodach,są od nich większe, silniejsze.
Następnego dnia, przychodzi mi do głowy zgoła głupia, myśl. Czy, więcej jest obecnie manekinów zatrudnionych w tym mauzoleum,czy też żywych ludzi? Podejrzewam, że manekiny, nie żądają podwyżek, ani nie narzekają na ,,ciężkie warunki pracy”.
Idealne łamistrajki. Na razie, jeszcze nie oprowadzają wycieczek , po podziemiach, nie sprzedają biletów w miejscowym sklepie z pamiątkami.
A , co powiedzą, kiedy ludzie ( w jakiejś, bliżej nieokreślonej przyszłości), zaczną, się buntować, że ich zastąpiły nad zbyt skutecznie? Pewnie, znajdzie się, jakaś oparta na podzespołach scalonych udoskonalona Margaret Thacher.  Z bezbłędną elektronową logiką wykażę, że nie ma innego wyjścia. Matematyka, jest obiektywna. Jednak to już futurystka. Wracając do teraźniejszości.

Wracając do kopalni w Yorkshire.
Prześledzenie bitew górników z kolejnymi angielskimi rządami to, osobna kwestia, i zbyt rozległa na ten, tekst.
Zapewne śmiertelność zwłaszcza w XIX wieku , była bardzo wysoka, biorąc pod uwagę, liche, ostemplowania, korytarzy, niedbałość o bezpieczeństwo oraz konieczność ciągłego zwiększania wydobycia. Ciemność, kaganki lamp naftowych, w mroku szczury.
W pewnym momencie oglądamy pordzewiałe metalowe pudełka na jedzenie i wodę.
Jak, rozumiem, każde inne szczury by sforsowały.
Przewodnik, bardzo to podkreśla, na ścianach, kolejnych nisz, tkwią gumowe, szczury (prawdziwych, już tutaj nie ma,  wyniosły się wraz z ludźmi).
Szczury, przypominają zabawki, jakie można kupić w sklepach z zabawkami, albo supermarketach. Są realistyczne, na ile to możliwe, o czerwono pomalowanych oczach.  Może, za wyjątkiem tego , ostatniego szczegółu.

W pewnym momencie przewodnik, każe wszystkim zgasić światło, i naciska gumowego szczura, chcąc unaocznić, jak mogło być, w ciemnościach.
On, także gasi światło.
Z wnętrza, gumowego szczura, dobiega pisk.
Ma,to przestraszyć, zwiedzających, a raczej oddać, co musiały czuć, manekiny (udające, ludzi), kiedy kopalnia była czynna.
Ale, dzieci, z rodzicami, oraz elektrycznymi latarkami, nie ulegają przestrachowi.
Dla, nich to wyłącznie czysta, zupełna abstrakcja, rodzaj zabawy w pewnym sensie, coś na kształt disnejowskiego widowiska, tyle, że na żywo. Dziwne, jest to, że być może ich dziadkowie, może jeszcze rodzice, pracowali w tej lub innej kopalni.
A nawet jeśli, by zaszedł powyższy fakt.

W kolorowym, wielobarwnym świecie, ciekłokrystalicznych wyświetlaczy, ciemne, niskie korytarze, wraz z ich ponurą XIX wieczną historią, wydają się albo nierzeczywiste, albo stają się jednym z wielu obrazów, jakie serwuję z każdej strony wirtualna rzeczywistość.
Jak, sen.
Wrażenie, wspomagają dostrzeżone, przez jedna z dziewczynek umowność, całego spektaklu.
Ponieważ, nad niskim korytarzem, z XIX wieku, wisi panel z plastiku, mający udawać, ścianę węgla.
Dziewczynka stuka w niego, i oznajmia, że to plastik.
Domyślność , i pewność siebie dziewczynki, wobec autorytetu przewodnika, usiłującego ,,opowiedzieć” zwiedzającym, przekazać atmosferę tego, miejsca wywołuję salwy śmiechu, dorosłych.
Dzieci, się odprężają.
Komunikat brzmi „ to, zabawa”. I, jest to oczywiście, zabawa.
Przypominam, sobie pastelowo urządzoną restaurację, na powierzchni.
Imitujący ścianę węgla, panel,wisi nad niskim korytarzem, o kształcie nory, z kwadratowym wejściem, gdzie, kobieta-manekin, zastygła w jednej pozycji, bezruchu, tak, długo jak będą tu przychodzić, zwiedzający.
Pozostaje, za nami pogrążona w ciemności.
Przed wejściem, do niskiego tunelu, czuwa chłopiec-manekin, siedzący na kamieniu, przywiązany sznurkiem do drewnianego stempla.
Przewodnik, tłumaczy sens tego obrazka,ale z powodu, niezbyt dobrej znajomości języka angielskiego, sens jego tłumaczenia, przepada. Pozostaje skazany na domysły.

Rzecz jasna , po przyjrzeniu, się uważnie elementom, widać, że całość jest zabetonowaną (dla utwardzenia), iluzją, ozdobioną panelami udającymi , wnętrze korytarza kopalnianego. Maszyny, przywierają, swoimi potężnymi ostrzami do plastikowych osłon ścian.
Pod nimi, znajduję się najprawdopodobniej beton, a raczej żelazobeton.
Potarte, palcami, ściany korytarza nie barwią na czarno, czy brunatno jak, by się można było spodziewać skóry, nie barwią palców są, bezbarwne są, tylko ułudą, żadnego dotyku, żadnej realności.
Nawet, jeśli instynktownie zwiedzający stronią, od ścian.
Dopiero, pod sam koniec, z taśmy zbierającej urobek, przewodnik nabiera trochę rozrzuconego na niej brązowego łupku, i dzieci, zachęcone smarują sobie twarze, jakby, wszędzie, można się było pobrudzić.
Jednak to niemożliwe.
Rzecz, staję się, lekko rozczarowująca, mimo że przewodnik dwoi się i troi, daje z siebie dokładnie wszystko. Rzuca dowcipami, prowadzi znakomicie wycieczkę. Zagaduje dzieci. Jeśli, będą zachwycone, opowiedzą swoim koleżankom i kolegom. A, ci zachęcą rodziców.
Może, za parę lat wrócą z swoimi pociechami.

Zabezpieczenia, są nieuniknione.
To, dla bezpieczeństwa, aby nic nie zagroziło, zwiedzającym.
Oto, podsumowanie tego zwiedzania. Jednak, byliśmy pod ziemią, i to jest realne. Także, pozostawione pod ziemią, maszyny i taśma zbierająca urobek, są rzeczywiste. Nadal na siebie zarabiają.
W tym, oświetleniu, jeśli dobrze to, przemyśleć, nawet manekiny ,wydają się realne.
Są , częścią show.
Ponieważ ich , funkcją jest nie zwiększyć, realność przestawienia, ale (wbrew intencji), je odrealnić.

II
Wychodzę, na powierzchnie nieco, zmęczony. Tak, jakby przepłynął kilka, długości basenu.
Nie , przepadam za byciem, pod ziemią. Uważam, że pchanie się do, miejsc z których można nie wyjść, to kiepski rodzaj pomysłu na życie.
Ponieważ, mam jeszcze trochę czasu, do przyjazdu ostatniego tego dnia powrotnego autobusu, ruszam na obchód całego przyległego terenu.
Terenem tym okazuje się, coś co nosi nazwę widoczną tabliczkach ,, Nature Trail „ i okazuję się , zarośniętą hałdą, odpadów po wydobywczych.
Nie, od razu na to, wpadam. To, przychodzi mi do głowy, na drugi dzień, kiedy łącze, z sobą parę rzeczy.
Pomimo, że drzewa, krzewy i chwasty, pokrywają ,,spacerowy szlak” gęsto, dostrzegam kawał, bloku gruz, a raczej betonu w chaszczach.
Nie, pasuje to, do parku krajobrazowego.
Poza, tym strumień, płynący obok ścieżki, jest barwy brunatnej.
Dochodząc, do najwyższego punktu , dostrzegam metalowy zbiornik retencyjny, z którego poczyna się ten strumień.
Po, prostu w ten sposób schodzi nadmiar wypompowanej wody, udając naturalne ujście, ciek wodny. Przez chwilę, można go wziąć , za naturalne twór.
Wnętrze zbiornika jest barwy brunatnej i mieści odpompowywane, wody, które inaczej mogłyby zalać kopalnie.
Koń na zdjęciu, nie należy do rasy koni pracujących w kopalni, pasł się na łąkach przylegających do ,,Nature Trail”.
Nie, mam niczego, żeby go, czymś poczęstować, ale skąd mogłem wiedzieć?

Daję, się sfotografować, a znudzony, zauważywszy , że nic dla, niego nie mam, odchodzi na środek łąki, ustawiając się tyłem do fotografa.

Najbardziej przykuwa, moją uwagę, węglowa lokomotywa, obdarta, z odpadającą farbą odsłaniająca, anty-korozyjną minię.
Ona, jedna wydaję się rzeczywista.
Po, wyjściu jeszcze bardziej.
Dostrzeżone zabiegi, nieznacznie ale, psują klimat. To, że została wzmocniona, część, korytarzy, jak przypuszczam , betonem, na który, dla niepoznaki, nałożono, węglowo podobne, panele z tworzywa, sztucznego- jest nieco, smutne.
Widać, jednak w świetle przepisów bezpieczeństwa, jest to nieuchronne.
Na, ile znika autentyczność, takiego miejsca, poświęcona na rzecz bezstresowego zwiedzaniu, to jeszcze inna kwestia. Większość zwiedzających to rodzice, z dziećmi.
III

Przed początkiem zwiedzanie dostrzegam, mrowie dziewcząt w wieku szkolnym, ciemnowłosych, o szczupłych profilach twarzy. Cały plac, przed muzeum jest nimi , zapełniony. Włoszki? Nie, jestem pewien. Dopiero po jakimś czasie, uświadamiam sobie, że nie. Młode Izraelki. A może jednak Włoszki? Nie, mają szkolnych fartuszków ale,są i wyglądają na uczennice, jakiejś szkoły, powiedzmy przedział gimnazjum. Zapewne spędzają wakacje wolne od szkoły w Anglii. Z dala od rodziców, pod opieką, swoich opiekunów.
Kiedy próbuję, to rozstrzygnąć, uświadamiam sobie, że nie ma w tej dość licznej grupie, żadnych chłopców. Wycieczka nie- koedukacyjna.

Stoję przed wejściem oczekując, aż dojdzie do godziny drugiej, o której mamy zejść na dół. Jedna, z dziewczynek, pół metra przede mną, pląsa, klaszcze i wśród mowy, angielskiej, mówią, po angielsku wyłapuję słowo ,,tyrany”. Mówiąc, to klaszcze i skanduję, z niejakim upodobaniem,,tyrany, tyrany”. Twarz jej jest nieco, blada, popadająca w odcień natchnionego fanatyzmu, powiedzmy pewności, surowości, jakby wypowiadając słowo ,,tyrany”, wymierzała sprawiedliwość, całemu widzialnemu światu.
W poczekalni, jest już cała, grupa dziewcząt z Izraela, schodzą pierwsze wraz z nimi, owa wyśpiewująca, słowo, ,,Tyrany”. W chwilę, potem przychodzi, nieco niezgrabna, starsza kobieta, ubrana na czarno z kilkoma dziewczynkami. Wygląda, na to, że się spóźniły.
Wygląda, to na scenę z włoskiej komedii obyczajowej, ale jej sens, się zmienia, kiedy dociera do mnie, że to Izraelki.
Tamte, już zniknęły za drzwiami.
Oddaję, przewodnikowi postawnemu mężczyźnie z bokobrodami, o błyszczących się oczach, który mam wrażenie, umieć być bardzo zasadniczy, żelazny suwenir pełniący, rolę biletu wstępu, zostaję mi tylko pozłacany, pamiątkowy.
Proszę, kobietę, przede mną aby mi zrobiła zdjęcie w kasku. Niechętnie , ale spełnia moją prośbę.
Już, potem mimo, niezachęcających okoliczności, staję za nią. Wzbudza, zainteresowanie.
Jej, mąż jest od niej starszy, o wiele starszy. Ona jest, niczego sobie.

Ubieram, pas z latarką i schodzimy w dół. A raczej ruszamy w kierunku windy, która nas zwiezie w dół.

1 lipca 2015

20151911756_182ac09d74_b20151833366_58a5caed51_m20151966866_087685b878_m19991418899_97ef6df3e7_mALIM1697

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s