Prowincjonalia (I)

Nie wiem, czy tracić czas, na lekturę II tomu ,,Czarodziejskiej góry”. T Manna. Nigdy się, nie przebiłem  przez tą powieść w odróżnieniu od ,,Budenbrooków”. A, ten posmak, hm, tematyczność, motywy, para-diaboliczne od ,, Śmierci w Wenecji”, przez ,, Faustusa”. Głębokie osadzenie w języku, jeszcze nie zdekonstruowanym (ach, Mann ten figlarz i jego chichot). Rzecz  jasna to, tylko gry literackie. 

Ale, kto gra po drugiej strony szachownicy?
,,Wilgotne plamki” na płucach kuracjuszy (historycznie była przed laty gruźlica w najbliższej rodzinie jeszcze po II wojnie światowej) więc, zapewne stąd siła odziaływania opisu.

Pewien, zakład radiologiczny w poniemieckiej kamienicy w mieście, gdzie dorastałem. Park w pokrzywach, dziki zarośnięty.
Nad schodami na pierszym piętrze w posadzce stare kafelki i napis “US”.Fascynacja wielkimi, cieżkimi rentgenowskimi przeźroczami. Ocieżałość pielęgniarek, w białych nie ziemskich fartuchach.
Ciemność, chłód, intruzja do wnętrza (głębszej a za razem bardziej powierzchownej chyba nie ma i to jak się wydaję, jest poniekąd doskonałą metaforą, prozy Manna, ).
Bohater Manna Hans Castorp marzący o bezcielesnym gdyż, będącym tylko odbiciem na przeźroczu ,,mięsie” Kławdi ChauChat, kłebiącym się wokół szkieletu.

Czy, można sobie wyobrazić, Hansa Castorpa piszącego krytyczną biografię T. Manna?
Duch, bez-ducha chociaż widmowo świecący w ciemnościach niczym lampki w diabelskim wesołym miasteczku.
Odbicie całego XIX wieku, wieku postępu, pary i elektryczności, który zepchnął nieodwołalnie, stare demony, do cyrkowych namiotów.
Przegląda się on (Hans Castorp) wyłącznie w napotkanych ludziach niczym w lustrzanych odbiciach w ,,beczce śmiechu”. Jego odbiciami są i Lodovico Settembrini i Naphta.
To, wciąż tylko, on-on sam.
Pierwszy i najważniejszy temat swojej prozy. Bogato inkrustowanej, znakomitej.
Królestwo Midasa.
A ,,on” niewidoczny w cieniu, o którym sam Mann myśli, oto ja, on wie, jaki będzie następny ruch. W końcu to, on wymyślił tą grę.

Właśnie sobie uświadamiam, że wobec faktu, wystąpienia gruźlicy, musiał tam i mój dziadek i moja M. wraz z braćmi robić, prześwietlenia.
Chyba, żeby były one wtedy robione w jakimś innym miejscu.
Ale, jednak nie wydaję się. Na jednym z zdjęć mój dziadek ma rozgorączkowane oczy, gruźlika (wczesne lata piędziesiąte). Tak, jak to opisywał Dostojewski. Dodawała fantazji, entuzjazmu, bywa polotu i na koniec zabijała.

Rzecz, jasna nie w tamtych latach, były antybiotyki i  profilaktyka. Ale, ciemność, zakładu radiologicznego, pewna nieodwołalność całego aktu, budziła zawsze mój respekt. Medycyna wyposażona w ,,cudowne paradygmaty”.
Pewnego roku w odstępach zaledwie kilkudniowych, złamałem trzykrotnie, różne kończyny ciała, i byłem trzykrotnie prześwietlany.

Trzykrotnie cząsteczki elementarne ,,uwięziły” obraz mojego ciała, uwieczniły na kliszy, i pognały dalej unosząc,  jego widmową poświatę. Gdy, przestanę istnieć, ono będzie nadal istnieć.

  1. Środkowy palec prawej ręki. Złamany od uderzenia w górny słupek bramki.
  2. Lewy obojczyk,  złamany od niefortunnego uderzenia w czasie bójki, zamiast w przeciwnika w ławkę (właśnie sobie uświadamiam, że nie bardzo pamiętam jak to, technicznie przebiegło, dlaczego od uderzenia pięścią, pękł obojczyk?). Mniejsza , o to.
  3. Uszkodzenie stopy, chyba kości stepu przy wyskakiwaniu z wysokiego parteru szkoły w czasie  przerwy na fajkę. Z jakichś powodów nie wypuszczano na przerwę.

 

4. Po, raz ostatni byłem prześwietlany przed poborem do wojska.

Wtedy, zrobiono prześwietlenie płuc, nie w nowym punkcie radiologicznym naprzeciw  klasztoru przyległego do jednego z dwóch najstarszych kościołów w mieście, tuż przy ogrodzie botanicznym, i kinie (obecnie nie istniejącym). Ale, w tym o którym pisałem na początku tego wpisu. W centrum miasta (wówczas przynajmniej),  nieodległym od basenu miejskiego i jednocześnie publicznego zakładu kąpielowego.

Rzecz jasna również poniemieckich budynków , masywnych jakby z innej epoki.  Odstających od czteropiętrowych budynków wzniesionych w spalonym po wyzwoleniu , przez Rosjan kwartałach centrum miasta. Tworzyło, to mieszankę  starej i nowej zabudowy, przy czym nowa, była o wiele bardziej niechlujna, chciało by się rzec, nietrwała, prowizoryczna, tymczasowa i nie wynikało , to tylko z problemów z zaopatrzeniem w materiały budowlane czy brakiem wyobraźni architektów. W sumie blaszana nieomal, byle jakość tej zasiedleniowej architektury, szpeciła bardziej chociaż zgodnie z socjalistycznym kanonem, gdzie funkcjonalność, brała górę nad estetyką. Estetyka, była rzeczą marginalną. Byłem niedawno w centrum, nadal  niszczeje. Jakby, skazano poniekąd ten kwartał niemiecko-post-peerelowskiej pamięci, na nieistnienie. Niszczeją kamienicę. Płyty chodnikowe. Naturalny węzeł komunikacyjny prowadzi przez rzekę i chociaż obecnie autostrada omija stary wjazd do miasta, to jednak wciąż nieomal z nim sąsiąduję. Oba wiadukty są od siebie nieodległe, widać jeden z drugiego. Może, to skaza prowincjonalnego miasta. Może, coś innego. Pamięć jest ukryta w achitekturze, krajobrazie, konfiguracji terenu. Owszem, nadbrzeże rzeki, jest zrobione pieczołowicie. Osobiście wolał autor tego wpisu jego starą dzikszą wersję, ale nie ma się co upierać. Natomiast jeszcze z lat tuż powojennych plaża na drugiej stronie rzeki, gdzie leżała niewielka cześć miasta, plaża oczywiście znikła ponieważ rzeka, stała się ściekiem i tylko ktoś zdeterminowany kąpał by się w niej. Ale, i też ekspansja miasta, jego dynamika skazała ,,Dzielnicę za rzeką”, na uwiąd. Powstało , tam co prawda niedawno centrum handlowe, niewielkie grupy okolicznych rolników handlują na niewielkim sezonowym targu. Ponieważ przejeźdżając przez nią rusza się, ku Wielkopolsce.  A wyjeżdżając w kierunku przeciwnym ku Wybrzeżu.

Osobliwe jest , intrygujące jak z biegiem lat, miasto odsuwa  się od swojego, nie- swojego centrum, kontynując ekspansję w górę , uciekając od rzeki. Od  histori, ku wzgórzom z których rusza się na płaskie Pomorze.

Jeśli, ktoś się zdecyduję na podróż wzdłuż wybrzeża, jest to, również godne polecenia. Od Szczecina powiedzmy na wysokości Kołobrzegu, już za nim zaczynają się ciekawe, pejzaże. Krajobraz przestaje być monotonny. Potem,  Trójmiasto.  Mijane jak trzy składnikowy, tort. Sopot, Gdynia, Gdańsk. Autor, tego wpisu, po raz pierwszy był w Trójmieście w tym roku. Udał się tuż przed odlotem na jakież plażowisko. Zaległ z walizkami w piasku. Zasnął.

Co, więcej autor tego wpisu, nigdy przedtem nie była na lini poza Kołobrzegiem. Do Kołobrzegu i owszem. Co, roku. Ale od Kołobrzegu ku Gdyni, Gdańsku czy Sopotowi, nigdy. I też mimo, że zjeździł cały kraj, dziecięciem dzieki sojcalistycznym turnusom wakacyjnym, obszar byłych Prus Wschodnich nigdy nie nawiedził. Mazury, Pomorze Gdańskie, Kaszuby: terra incognita.

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s