Bradford 2.0 (opowiadanie)

Tak, – to jest w rzeczy samej, przybyłem do Grandford, Bożego miasta. Wjeżdżałem, pod przepięknie poczernionymi przez epokę stali i węgla, kamiennymi wiaduktami, tunelami, na których mech konkurował z płynącą zewsząd, wilgocią. Jakby, miniona epoka wryła się, i wgryzła w mury, krajobraz, kamień.

Od wejścia  przywitał mnie widok Norfolk Garden, na pierwszym placu  niepotrzebnie dużej fontanny, opuszczonej,  teraz nawet  przez gołębie, które w deszczowy dzień, wolą, kryć się na poddaszach, wszechobecna, szarość, kamienia z Yorkshire, który kolorem wpada w odcień, kości słoniowej, trochę, gaszonego wapna, i z którego jak z kości wydobytej z ziemi, wzniesiono całe miasto. Miasto fabryk, opuszczonych zaułków, niczym sen ślepca.

Przybyłem jak to się mówi, z krótką wizytą. Miasto było skryte za siną opończą chmur, na tle której pyszniły się białe pióropusze, fabrycznych  dymów z kominów.  Położone na wzgórzach, opadało i wznosiło się, zależnie, gdzie się trafiło i z którego miejsca było oglądane. Już, z pociągu było widać na tle, sinego nieba, biel dymów oraz chorobliwą, zgaszonego wapna, wraz z czymś, co trawiło, tutejszy kamień, zamieniając go w czarne, połacie zwęglonych cegieł.

Zaraz przy dworcu w pubie <<Queen>> spożyłem, gorzki napój, i ruszyliśmy coś, zjeść. Padało, dzień był, beznadziejnie szary, kamień szary, ulice szare. Fontanna skąpana w deszczu, idiotycznie, niepojęcie czynna, w chmurny, deszczowy dzień.

Im dalej w głąb, dalej od centrum, tym mocniej dostrzec się dało, zaniedbanie, rozpad, rudymentarny rozkład, toczący, zaułki i ulice. Jakby, porzucone miasto z jego fabryczną architekturą, stało bezwładnie w deszczu, ani się broniąc ani, niczego usiłując przedsięwziąć, schodząc do coraz bardziej, organicznej, podstawowej egzystencji. Komunikacja działała, autobusy krążyły, mijali się przechodnie, a jednak nad wszystkim, unosiła się jakaś aura,  zstępowania w niewidoczny obszar.

W knajpce , do której dotarliśmy, nieco po omacku, na oślep nie przebierając o niecodziennie dużej kubaturze,gdyż większość tego typu lokali jest niewielka, więc jak na pakistańską wytwórnię mięsa, które wraz z frytkami pochłonęliśmy szybko i niewzruszenie, był, to dość przestronny lokal. Deszcz opływał świat, ulice, nie na-jedzeni, ruszyliśmy znowu (po przystanku w następnym pubie), do pizzerii,  gdzie (polecam!), czekaliśmy, nieco znudzeni, na pizzę o wymiarach małego ronda, obserwując  kobietę w samochodzie, która przy trzasła, róg swojego sari drzwiami auta, auto ruszyło i odjechało wraz z powiewającym skrawkiem materiału,  siedziałem a raczej stałem, gdyż nie było miejsc siedzących, owiewany co jakiś czas zimnem dobiegającym z otwieranych drzwi, przez wchodzących i wychodzących klientów, zimnem typowo angielskim, które jest niezmienne za wyjątkiem ciepłych, ale dusznych miesięcy wiosny  i lata,  naprzeciw mając po drugiej stronie, zielone drzwi madrasu.  Nie wiem czy czynnego, nie wyglądało, na to ale mogło, to być tylko złudzenie, aczkolwiek nikt, nie wchodził ani nie wychodził. Zastanawiałem się, też po, co przyjechałem tutaj, właściwie, oczywiście odwiedzić znajomego, ale już tego żałowałem, gdyż miejsce to , jedynie mnie przygnębiało.

Po prawo spojrzawszy ujrzałem  kopuły meczetu po lewo świątyni hinduistycznej. Oto, jakim widokiem się delektując, czekając na pizzę, której ciasto właśnie fruwało w powietrzu przekładane na odwrotną stronę, przez załzawione szyby pizzerii, oglądałem świat, który osadzony w tym szarym kamiennym mieście oferował jak dla mnie, przybysza z Wschodniej Europy pospieszną egzotykę. Zielone drzwi madrasu, kolorowe sari, upięte kunsztownie włosy hindusek, poczernione w roślinne wzory ręce Pakistanek. Nie , sposób się , było w tym odnaleźć, wszech obecna obcość.

Smród nie dobiegał, tak powalający z nóg,  z nieodległej rzeźni kurczaków, była niedziela zdaje się, albo sobota: Kurczaki, miały dzisiaj wolne, mój czczony nie od dzisiaj siwobrody staruszek z sieciowego fast foodu, najwyraźniej zwolnił tempo. Ale, i tak trzeba było nieco, zatykać nos, wstrzymać oddech,  było święto, był bank Holiday, Billi Holiday, nucąca ,,Strange Fruit”, nieco pijana przemierzała szerokie arkadowe ulice, też miała wolne, wrażenie, skojarzenie, powstałe, ponieważ mijaliśmy,nieco wcześniej ofertę mrożonych jogurtów, naprzeciw niezwykle eleganckiej restauracji Halal, takie odniosłem wrażenie, taśma stała zatrzymana, nie dobiegał nas smród, podobno, towarzyszący owej ponurej, rzeźni, aczkolwiek jego szczątki, na chwilę dopadły nozdrza przed samym wejściem na ulicę, gdzie tkwił dom gospodarzy, więc umiałem sobie wyobrazić, jego intensywność, w dni robocze i upalne, rozlewającą się na zdewastowane, co tu dużo kryć, upadłe miasto, które na przemian zwałem ,to miastem upadłych aniołów, to miastem ko-kości, grzechoczącej pod stopami, zwłaszcza, że nieoczekiwanie, młodo zeszły z tego świata, pers, ulubieniec , pani domu: z braku miejsca w ceglano-kamienno-betonowym, świecie, zakopany został pod, nie wzrosłymi jeszcze roślinami w ogródku, przypominającym piaskownicę, w wilgotnej ziemi, co przywołało na pamięć, owe, wzniosłe wersy, anglikańskiego poety:

Tam widząc kogoś, kogo znałem, zawołałem: „Stetson!
Na jednym statku byliśmy pod Mylae!
Ten trup, którego posadziłeś rok temu w ogrodzie,
Czy zaczął już kiełkować? Będzie kwitł w tym roku?
Czy mróz śmiertelnym szronem okrył jego łoże?
Och, trzymaj psa z daleka, on kocha człowieka –
W ziemi pazurem grzebiąc, na wierzch go wywleka!
Ty! hypocrite lecteur! – mon semblable, – mon frére!”

A stało się, to niedługo zaraz po naszym przybyciu. Kot, znaleziony został nie żywy za murem. Nie wracał, podejrzanie długo, aż pani wyszła na zewnątrz, nawołując ulubieńca i ujrzała, jego zesztywniałe, ciało. Nie miał, on obrażeń, widać objadł się szelma czegoś, najwyraźniej. Czyż, od nie wrzosu, padło? Pochowany natychmiast w ogródku, pięknie będzie owocował, pazury pod ziemią, drapiące ziemi wieko, gdyż wszyscy żyjemy nadzieją, tym, że wskrzeszeni zostaniemy, co też, pewnie powinno dotyczyć i kotów, gdyż nie sposób sobie wyobrazić, żeby kotom została oszczędzona wieczność, byłoby to nie wdzięczne, nie, nie MainGrandBrandfordzkie, rzec, bym chciał i tak rzeknę. Białe, białka, zasłonięte bielmem, przywiodły na myśl, obejrzane następnego dnia, na wystawie w muzeum, zdjęcie kobiety z tabliczką ,,Blind”, ale czyż nie uważa, się że koty, poruszają, się nie po jednym świecie naraz, tak widzą to, czego my nie widzimy. Koty, nie kładą się tam, gdzie jest nie odpowiednie, pole magnetyczne wyczuwają też, bezbłędnie chore miejsca u swoich właścicieli. Bogini Bast, była czczona pod, postacią kobiety z głową kota w starożytnym Egipcie.

blindwomen
Sceneria wieczoru, więc,  jak z podrzędnego horroru, nieznajomy przybywa do domu ludzi, których wcześniej nie znał, w zrujnowanej dzielnicy, proto-islamskiego miasta, zewsząd, ciemne upadłe światła, padły nagle kot, zesztywniały na deszczu, świetlówka w kuchni, która zaczyna migotać nad zebranymi, i co najgorsze p a p i e r   t o a l e t o w y się skończył.
To, już było wstrząsające doprawdy. Albowiem, jak powiadają zacni magistrowie kościoła, nie jedna: a co najmniej trzy okoliczności muszą się zbiec, aby uznać, omen-nomen rzecz za, nie-codzienną. Ostatecznie, wszystko, dobrze się skończyło, chociaż świetlówka, nie wróciła już do pełni władz umysłowych, świecąc światłem nadal przerywanym, migotliwie jak błędny ognik, na bagnie. Wędrując w górę i w dół, natykałem się na chińskie maski wybiegające na przeciw wspinającego się po schodach, i zaiste brakowało tylko lampionów.

W trakcie, miłej wieczornej, pogawędki, dowiedziałem, się, wielu rzeczy z historii sceny rockowej, gdyż natknąłem się, na żywą, chodzącą encyklopedię, historii rocka w małym środkowo-europejskim kraju, która to spożywała skromne dary ziemi , z najznakomitszemi rockmenami czasów minionych, którzy, to na Walhali rocka, czekają czasów ostatecznych i tak:

że M. J miała romans z o wiele młodszym tenorem z T.S.A, co urzekło mnie swoim niezaprzeczalnym urokiem, gdyż młody wilk dopadł już wtedy dojrzałą łanię, osiodłał i okulbaczył, i wierzchem ujeżdżał. I jeśli śpiewała ona, że ,,nie ma wolnej miłości w domach z betonu”, to 51” odgrywane przed laty z winyla, temu przeczyło, mój przyjacielu, którego nie zdołałem, nigdy poznać, gdyż odszedłeś zbyt wcześnie.

Dowiedziałem, się więc, wielu niesłychanych rzeczy, o których jednak pieczęć milczenia nakazuje, milczeć aż nie zostanie zerwana pieczęć ostatnia, i ostatni z aniołów nie wyda z trąby, dźwięku. Gdzieś, na obrzeżach mojej głowy krążyła Billy Holiday, blues, nocny z Południa, przywleczony, zabłąkany w tutejsze wybrzeże, deszczu i kamienia. Zaiste, Mainford-Grand-Bradford, przypominało, ujęte z góry, zastygłe, morze, rozlane na pagórkach, nagle skamieniałe.
Miasto tonęło w strugach deszczu, braterska pizza spożyta została, inne rzeczy również, zostały spożyte, na chwałę biesiadującym. O, kocie nikt już nie wspominał, grała muzyka, toczyła dyskusja. W taksówce, która niczym łódź na wzburzonym morzu, wyruszyła po zaopatrzenie, kołysała się, jakaś niejasna kiść nad tablicą rozdzielczą, mająca zapewne w mniemaniu pakistańskiego, albo hinduskiego, kierowcy taksówki, moc zapobiegania wydarzeniom, nie codziennym, zwykłemu nieszczęściu, wypadkowi, pechowi, pasażerowi, co zbiegłby nie płacąc za kurs, ot pierwsza z myśli z brzegu. Patrzyłem na mijane, skryte w ciemności domy, gdyż oświetlenie uliczne, też nie było nadzwyczajne, było raczej ciemno i nieco nierzeczywiście.

Dnia następnego.

Przed południem, nieco przyćmionym, chociaż, już nie deszczowym, po pobudce, ruszyliśmy po krótkiej scenie pożegnalnej, znów na miasto, coś zjeść. W tej samej restauracyjce, co wczoraj w której, znów zamówiliśmy kebaba, siedziały dwie z których, jedna była, ciemna nieco, tęga. Mięso było ciemne, unosiło się nad frytkami, obficie z belgijska zalewanymi majonezem. To, w Holandii powiedziałem, po raz pierwszy zetknąłem się z jedzeniem frytek z majonezem. Frytki, to belgijski pomysł- powiedział kolega.

Zerkała nieco od czasu, do czasu unosząc głowę, na oparciem o które, opierał się mój znajomy, i zapomniałem o wygłoszonej przed chwilą, niesłychanej uwadze, że w ubikacji znajduje się konewka, którą, owszem zauważyłem z zdziwieniem, ale nie roztrząsałem jej obecności, natomiast jak uważał, znajomy, służyła, ona nie tyle do podlewania, czegokolwiek, co do podmywania, anusa, odbytu, gdyż, czego się dowiedziałem z zdumieniem, muzułmanie, nie używają papieru toaletowego,  więcej, nawet jeden z znajomych, znajomego wdepnąwszy do islamskiej knajpy, nagle zorientował, się że nie ma tam papieru, ponieważ, zamiast użyć, dźwięcznie, rozkosznie brzmiących w nazwie, wonnych płatków, pochodzącego co , prawda z recyklingu, papieru  myją po kupie, wiadomy otwór, co wywołało, moją uwagę, że może być to , czemu, nie wcale higieniczne, a nawet awangardowe, gdyż zamiast wonnych strof Goethego, na zmielonych i przetworzonych do niepoznaki odpadach, tylko,  czysta woda, o której pewien inny, poeta pisał, że tak wyobraża sobie ostatnią religię  a  tak poza tym, zawsze, skądinąd, miałem dziwaczne wrażenie, że zastosowanie papieru w dwóch różnych, przeciwstawnych celach,  w naszej kulturze, powiedzmy pachnie, a raczej wygląda, na pewną zasadniczą dwoistość.

Poniekąd, rozszczepienie, pierwsza utrata, ponieważ , kiedy po raz pierwszy, twoja pierwsza kupa ląduję w sedesie, coś niczym księżyc, raz na zawsze, nieodwołalnie, odrywa się od ziemi percepcji, i odtąd, chłodno poza nami świeci, jasna latarenka, wyobcowania, ziemi utraconej, i tak dalej, i dalej.

Twoje, skamieniałe, zawieszone  w kosmicznej pustce odchody, wiszące nad twoją ludzkością, niczym winne grono, jabłko Adama, oto wytłoczyny z żyznej gleby, oto prawo, twardniejące w powietrzu.Powstań, sędzio. Mądrzy rodzice, powinni zakonserwować, pierwsze oderwanie się satelity od macierzy, aby po latach wręczyć dojrzałemu potomkowi , z łzami w oczach: Oto, przechowaliśmy twoją esencję, synu-córko. Kto, wie czy nie będzie tak w przyszłości.

Aż powrót, do Edenu, staję się, ciągłą tęsknotą, kiedy i ty, i to, co spada, jest jeszcze tym, samym. Kamienne, zastygłe odchody. Wzrok kota w ciemnościach. Piramidalna głupota. Ofiara w tunelu.Wtedy spostrzegłem, że owa, czarna, strzygąca oczami, wstała, ruszyła do wyjścia i dopiero mogłem ją obejrzeć w całej, okazałości.Czarne, żywe oczy. Wyszła a tuż, za nią jej koleżanka. A my, po zjedzeniu ruszyliśmy ku muzeum kinematografii, gdzie z powodu , złego samopoczucia obejrzałem tylko dział z fotografiami “Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego”. A spośród wielu, najznakomitsze, tak mi się wydaje, zdjęcie z wnętrza łodzi rybackiej, sunącej na morzu ku innej łodzi, i tonącemu okrętowi żaglowemu. Niestety, nie utrwaliło mi się nazwisko autora, i odszukanie, zdjęcia, tak świetnego okazało się przynajmniej chwilowo, niemożliwe. Uderzyło mnie również, świetne zdjęcie niejakiej Christine z roku 1913, której rysy wydały mi się prototypem innego słynnego, po latach zdjęcia i oto, one oba, aby porównać migrację, wędrówkę obrazu poprzez czas:

christine1913stev-mccurry-portret-afganki1

Po wyjściu przed muzeum kinematografii , na postumencie spoczywał, pomnik J.B. Priestleya, który jak się, dowiedziałem , urodził się był w Bradford, którego nazwa rozbita, na cząstki, ewokuje, wstecz, w  swoim, źródle, nie tylko do staro-angielskiego ,,brodd” ale i do jodły z aromanskiego, zwanego fir- tree,  które to drzewo, objawia się zwrotnie w znaczeniach ,,brad” jako ćwiek, lub drzazga, kolec, ostrze, wreszcie (wśród wielu znaczeń), jako  stylisko łopaty* . On, sam mowa o autorze, gdyż taki napis widnieje ,na jego pomniku,  przed muzeum kinematografii, napisał powieść ,, London End”, gdzie powołał do życia dział Imaginastyki.

Niestety, nie czytałem, nic z wzmiankowanego, natomiast odnotowałem fakt, że miasto posiada autora, jego płaszcz wykuty wznosił się w powietrzu, niezależnie od tego, czy wiał wiatr, czy nie.

A potem wsiadłem w pociąg, i chociaż działo się, działo: miedzy wyjściem z domu gospodarzy a wyruszeniem w drogę powrotną, na tym zakończę.

*

Late Middle English, variant of brod(d), from Old Norsebroddr (spike, shaft), from Proto-Germanic *bruzdaz(compare Old English brord, Old High German brort), from Proto-Indo-European *bʰrusdʰos (compare Welshbrath (sting, prick), Albanian bredh (fir-tree),Lithuanian bruzdùklis (bridle), Czech brzda(brake),Template:etyllrol-Template:mlrolbradllfir-tree.

**Large numbers of words of French origin started to be borrowed into the English language, often existing alongside native English words of similar meaning, giving rise to such Modern English pairs aspig/pork, chicken/poultry, calf/veal, cow/beef, sheep/muttonwood/forest, house/mansion, worthy/valuable, bold/courageous, freedom/liberty.

***

Post z przed ponad roku. Reedycja. W międzyczasie powstał plan przeniesienia świetnego zbioru fotografii  Royal Photographic Society z Bradford do Londynu.

 

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s