Wiosenny remanent w koszu literackim

Zajrzałem do rupieciarni czasami ją przeglądam. Natrafiłem na rzecz zarzuconą a przecież istotną,  ale mimo to poniechaną ponieważ, ponieważ..No, właśnie.

Ażeby, całkiem nie zapomnieć, iż istnieje tekst nieskończony: sobie, tutaj umieszczę fragment, a ktoś może przeczyta. Motto znalazło się dzisiaj, ponieważ natrafiłem na to opowiadanie Kafki i przykuł moją uwagę ten twór zdaniowy, który perfekcyjnie ujmuję coś bardzo znaczącego. Stąd, użycie jako motto.

Fragment, bez auto-korekty surowy a zarazem powiedziałbym skończony.

“Zawiadowca” (fragment)

Motto: “..Niezupełnie w środku schronu, przemyślnie urządzony dla odparcia ostatecznego niebezpieczeństwa, może nie na wypadek pościgu, ale w razie oblężenia, znajduje się główny dziedziniec. Gdy tamto wszystko w większym może stopniu jest rezultatem pracy umysłowej aniżeli fizycznej, główny plac powstał jako rezultat najcięższego wysiłku mego organizmu i wszystkich jego części.”  “Schron” Franz Kafka

Byłem niedawno w Besarabi- zaczął Podróżnik. Dziki dziwny kraj. Ludzie nieużyci ,dużo żebraków. Obracam się między kupcami ale siłą rzeczy byłem tu i ówdzie. Arystokracja jakby to powiedzieć pocieszna. Zrzynają wszystko skąd się da. Od ubrań po maniery.Skądinąd mogę dokonać porównania chociaż nie jestem arystokratą. Oglądają się wciąż na Paryż. Wyjechałem jednak zadowolony. Udało mi się zawrzeć pomyślne kontrakty na zboże i bydło. Właściwie nie wiem czy to kraj czy plantacja.

Spojrzał jeszcze raz na druty kolczaste, strzępy ubrań i walizki oraz torby podróżne. Puste wybebeszone i najwidoczniej porzucone. Ktoś, kto był ich właścicielem porzucił je lub zostawił a on wędrował teraz w tym krajobrazie między nagimi polami z bruzdami zaoranej ziemi kuląc się od zimnego wiatru niosącego mokry późnozimowy śnieg. Było czystą głupotą porzucać dom Zawiadowcy (w końcu to było pewne, że tylko on mógł udzielić zadowalających wyjaśnień, co do tego, co się działo), ale nie mógł już ścierpieć dłużej poufałości Podróżnika. Swoją drogą, z co za ludźmi styka człowieka los. Jednak skoro już tyle przeszedł należało iść dalej. Przez zadowalające wyjaśnienia rozumiał takie, które byłyby najbliższe rozgrywającym się wydarzeniom. Cała reszta była wyłącznie namiastką. Przypomniał sobie trwożliwe dysputy pasażerów wygłaszane półgłosem domysły, lękliwe spostrzeżenia i pewne bufonady zapewnienia,, że tak ależ tak właśnie o to chodzi w tym wszystkim o nic innego,,. Niektórzy byli pewni, że znają odpowiedź na pytanie, kiedy skończy się wszechobecny bałagan, opóźnienia pociągów, wyczekiwanie na stacji i to, kto i gdzie pierwszy odjedzie… Ponieważ, w jakiej kolejności nadjadą gdzieś wstrzymane pociągi tego wiadomo nie było. Ażeby wszystkie naraz przecież możliwe nie było. Wszedł na stację. Była otwarta na zewnątrz i wewnątrz kłębił się tłum. Słyszał Pan słyszał? –Zawołał jakiś mały człowieczek w futrzanym płaszczu i kapeluszu. Jego głos był nieco piskliwy twarz blada nieco zapadła a kiedy zdjął kapelusz w trakcie jak mówił gniotąc go nerwowo w rękach ujrzał, że łysieje. Natomiast jego nos był duży orli i nadawał całej twarzy jej wyraz a mianowicie sprawiał, że człowiek ów przypominał nieco marabuta. Widział kiedyś w jakimś podręczniku tego ptaka. Jak się zdaję wywodzącego się z Afryki. -Mówili, nie przepraszam (poprawił się) mówi się, że dzisiaj i to nie za niedługo już za jakieś dwie godziny przyjedzie mój pociąg. Wyobraża Pan to sobie? Stał wpatrując się w niego z jakimś wyrazem ożywienia jakby usłyszał, że wygrał właśnie fortunę na loterii. –Ach tak-odparł na wpół uprzejmie a na wpół zbywająco. Postanowił odnaleźć bar kolejowy i zjeść śniadanie. Nie zrezygnował z śniadania tylko po prostu opuścił dom Zawiadowcy w związku z zmienionymi okolicznościami. Na tyle zmienionymi, że uczynił to bezzwłocznie. Rzecz jasna nadal nie mógł wyrzucić z głowy ot tak gospodyni a zwłaszcza jej ciała obdarowującego go skrytą pieszczotą. Co jednak na to Zawiadowca?. -Tak, tak-zawołał ów człowiek najwyraźniej w dwójnasób podekscytowany jego odpowiedzią. –A Pan, Pan, co o tym sądzi?- Zapytał wpatrując się w niego wręcz zachłannie. To sprawiło, że spojrzał na tego człowieczka uważniej. -A, czemu coś mam sądzić? Lub nie sądzić? Drogi Panie.-Powiedział to prawi e z gniewem.-Czemuż Pan mnie o to pyta jakbym nie był tylko jednym z podróżnych? Proszę się zwrócić gdzie indziej. Człowieczek z kapeluszem w rękach nadal wpatrywał się w niego najwyraźniej z zachwytem. On jednak wyminął go gdyż uznał, że natrafił na jakiegoś zupełnie zwariowanego osobnika. Cóż, można i to było jakoś zrozumieć. W końcu człowiek ten czekając na pociąg, który się spóźniał mógł na ten przykład postradać rozum. Dlaczego nie? Nie takie rzeczy się wydarzały! O tak. Dopóki nie zaczął czekać na pociąg był najzupełniej normalny (to oczywiste) wiódł swoje życie, w którym było miejsce i na przekleństwo i na radość i na łzy. A teraz z wyrazem bezmiernego a w istocie głupkowatego uśmiechu nieschodzącego z twarzy tkwił na tej stacji, która była matką wszystkich stacji niczym mucha, która uwięzła w lepie. Nie on jeden wystarczyło się było rozejrzeć wokół. Tłum kłębił się i przesuwał z miejsca na miejsca. Niektórzy chodzili inni siedzieli na pozór spokojnie. W powietrzu unosił się zapach perfum, potu i tłumu. Z tego, co nazywa się zapachem tłumu trudno wyodrębnić jakieś składniki, ale jest coś, co można wychwycić. A mianowicie zapach strachu. I to było coś, co od razu nieomal od progu zaatakowało i sprawiło, że po wejściu do środka chciał wyjść na zewnątrz. Strach jest niczym narkotyk. Wciąga i udziela się łączy i paraliżuję. Sprawia, że po jakimś czasie człowiek przestaje myśleć racjonalnie więcej zaczyna nieomal myśleć zbiorowo. Jego myśli są tylko ćwierć ułamkami myśli wielu ludzi. To właśnie sprawiło, że po wejściu odruchowo się cofnął. Jednak, jeśli chciał zjeść śniadanie (zważywszy, że śniadanie w domu Zawiadowcy przeszło mu koło nosa) musiał się tutaj rozejrzeć. Kiszki grały mu już całkiem niezłego marsza. Nie zanosiło się na to, żeby to było łatwe. Przeciskał się przez tłum zbity niczym salami. Gdzieniegdzie potworzyły się grupki dyskutujących zawzięcie gdzie indziej znów niedoszli przyszli (jeden Bóg wiedział, o jakim statusie) pasażerowie siedzieli na walizkach to znów płaszczach kołdrach, kto tam, co miał. Kiedy szedł w kierunku środka gwarnego dworca rozległ się gwizd pociągu? Jeszcze dobiegający z daleka z zupełnej oddali przeciągły jak senna mara. Na ten dźwięk wszyscy zwrócili głowy w stronę wyjścia na perony. Patrzcie-zakrzyknął jakiś chudy i wysoki osobnik w płaszczu z odprutymi patkami na wyłogach płaszcza. –Jadą. Na ten okrzyk nieomal większość a nawet więcej niż większość pasażerów zerwała się z posłań, nielicznych ławek i bagaży. Pochwyciła je i zaczęła biec w stronę wyjścia z poczekalni dworcowej. Nieomal sam to zrobił właściwie wykonał dwa czy trzy niezdecydowane kroki w kierunku wyjścia, kiedy usłyszał blisko dobiegające zza jego pleców jak się zdaję pogardliwe prychnięcie: -Nie da się nic zrobić. Znowu to samo. Słowa te należały do człowieka, który paradował w mundurze kolejarza przynajmniej takie sprawiał wrażenie jednak nie wydawało się, aby był kolejarzem. Brak mu było zwykłej poczciwej kolejarskiej rubaszności. Niemniej ubrany był w mundur, który przynajmniej z daleka przypominał mundur kolejarski nawet, jeśli zdekompletowany czy jakoś fragmentaryczny. Nie on jeden sprawiał wrażenie jakby składał się, jeśli chodzi o garderobę z różnych jakby to ująć niepasujących do siebie kawałków. Jednak w czasie wojny ( a że jest to wojna z niejaką rezygnacją, ale w końcu przyjął do wiadomości Przybysz) nikt nie wybiera (mówiąc eufemizmem), w co się ubiera. Moda z początku wieku wręcz wydobyta z dna szaf gdzie spoczywały ubrania prababć mieszała się z zupełnie nowoczesnymi krojami. Znowuż słowo nowocześnie było również względne zależało, z jakiego punktu widzenia na to spojrzeć. To, jeśli chodzi o kobiety, co do mężczyzn ubrani byli bardziej ascetycznie. Niektórzy mieli przepaski na rękach. Zauważył t o już wczoraj, ale dzisiaj dopiero niejako zwrócił uwagę bardziej szczegółową na ten wątek, jeśli można tak powiedzieć otaczającej go rzeczywistości. Od razu też zapytał, ponieważ miał to w zwyczaju: -Jest Pan może kolejarzem? Pytam, ponieważ jeśli tak to mam zaszczyt i przyjemność spotkać w ciągu ostatnich godzin już drugiego przedstawiciela klasy kolejarskiej a sam Pan przyzna, że w tych okolicznościach …tak długotrwałego pobytu na dworcu … o niewiadomym końcu.Otóż, staję się to … Pan oczywiście… -Niezupełnie, chociaż bardziej tak, niż nie-odparł przerywając potok jego wymowy nieco jak się wydawało wyniośle kolejarz. Teraz, kiedy podszedł bliżej ujrzał, że jego mundur jest bardzo sfatygowany. Więcej sprawia wrażenie jakby z kogoś go zdarto bynajmniej się nie przejmując się, jakim sposobem a potem ponownie założono. Na myśl jak ów mężczyzna wszedł w jego posiadanie cofnął się nieco do tyłu. Była to ogorzała, kanciasta prawie kwadratowa i szczeciniasta twarz. Pod kaszkietem spoglądały bystro błękitne jak niezapominajki oczy. Również sylwetka była nieomal kwadratowa. Nawet, jeśli ten mężczyzna nie był kolejarzem próby zwrócenia na to uwagi mogły się źle skończyć. W kieszeni płaszcza narzuconego na kolejarski mundur dostrzegł Przybysz wypukłość, która skojarzyła mu się z tylko z jednym. Większość pasażerów zwabiona dźwiękiem pociągu wyległa na perony. Ludzi było tylu, że co niektórzy spadali spychani z peronu na tory. -Dokumenty powiedział kolejarz. A widząc jego zdziwienie rzucił szybko i niecierpliwie. No, raz, raz. Nie mamy zbyt wiele czasu. Przybysz osłupiał. Być może z tego osłupienia a być może z powodu, którego nie umiałby podać wyciągnął swoje dokumenty i wręczył je bez słowa mężczyźnie, który nagle zaczął zasłaniać sobą nie tylko wyjście na dworzec, ale i jakby całą tą sytuację. Mężczyzna wyciągnął latarkę i mimo, że był dzień poświecił sobie oglądając jego dowód osobisty. Spojrzał na tył i pokręcił głową z dezaprobatą. Teraz spojrzał na niego. Powoli jego twarz rozciągnął uśmiech powolny jakby mięśnie się naciągały każdy z osobna. Przybysz miał wrażenie, że upłynęły nie sekundy czy minuty, ale godziny. Teraz jak zauważył płaszcz mężczyzny sprawiał wrażenie będącego w całkiem w dobrym stanie a i mundur nie wyglądał na tak zniszczony jak uprzednio. Kolejarz-Oberwaniec (jak go sobie w duchu zatytułował) zaczynał przypominać kompetentnego urzędnika kolei..W każdym bądź razie urzędnika. -Pan ma papiery –powiedział niezwykle powoli przeciągając spółgłoski. Powiedział to tak jakby ten fakt (dotąd tak oczywisty dla Przybysza wprawił go w niejakie zdumienie, żeby nie rzecz zakłopotanie). Tego się podważyć nie da. Jednak.. (Zawiesił głos i wpatrzył się w niego zupełnie jakby chciał go wysondować do dna) …Póki, co..Tak. Coś oczywiście trzeba będzie z tym potem zrobić. Tutaj zamachał w powietrzu tym, co przed chwilą podał mu Przybysz. To nie są …niech Pan mnie źle nie zrozumie. Najlepsze papiery. Widywałem już lepsze. Tak…Nie chcę przez to powiedzieć, że coś tutaj jest nie w porządku. …(Teraz otworzył jeszcze raz dokumenty przybysza i ponownie zaczął je wertować). Jednak Pan rozumie..Musimy sprawdzać … Przybysz nie bardzo pojmował, dlaczego w ogóle podał swoje dokumenty temu oberwańcowi, który z minuty na minutę zaczynał się coraz bardziej jakby to ująć panoszyć. Było to zupełnie niejasne wrażenie, lecz coraz bardziej dojmujące spotęgowane być może tym, (że za wyjątkiem kilku osób w większości byli to schorowani starcy trochę Kobiet i wraz z nimi dzieci) w poczekalni kolejowej nie było nikogo poza nimi większość pasażerów wyległa na zewnątrz. W kasach rzecz oczywista nie było nikogo, kto by teraz usiłował oczekiwać jakiś działających kas.. Dobrze, że chociaż dworzec jeszcze był…. Zabite płytami dykty tkwiły martwo i nieruchomo za żelaznymi okratowaniami. Proszę oto one –powiedział kolejarz-oberwaniec wręczając mu jego własne dokumenty jak by to on sam je osobiście mu wyrobił i wydał. Będzie się Pan musiał jeszcze zgłosić po pieczątkę –dodał. Jaką pieczątkę?- Wyjąkał zdumiony przybysz. Każdy musi mieć pieczątkę-oświadczył kolejarz- oberwaniec. Bez pieczątki daleko Pan nie zajedzie. Kłopoty z aprowizacją.. Z wszystkim przekona się Pan. W takich czasach żyjemy i w takim świecie. Porządek, porządek przede wszystkim. Niech Pan spojrzy, co się tam dzieje-to mówiąc wskazał na perony przed poczekalnią. Istotnie były zalane ludzką ciżbą. Tłok i gwar. –Jak Pan myśli, dlaczego nie respektują rozkładu jazdy? -A, więc istnieje jakiś rozkład jazdy?- Zawołał z ulgą Przybysz. Zdążył już zauważyć, że zdjęto już a raczej zerwano tablicę rozkładu jazdy pociągów, którą widział jeszcze wczoraj. Na jej miejscu ziały dziury po hakach. Obłamany fragment dostrzegł w kącie przy drzwiach wyjściowych. Ku swojemu zdumieniu dostrzegł, że miejsce na ścianie poczekalni gdzie wisiał przedtem rozkład jazdy jest zamazane czarną farbą. -Rozkładu jazdy nie ma-oświadczył niby kolejarz. To my ustalamy, kiedy pociągi przyjeżdżają a kiedy nie. Co do Pana natomiast –powiedział-nie spodziewałbym się szybkiego wyjazdu? Jest Pan daleko na liście.

II

Nieomal pozazdrościł Podróżnikowi, który być może a może niedługo rozstanie się z tym światem. Naprawdę upiekło mu się i to małym kosztem. Wylądował miękko nieomal w puchu. Został poturbowany w czasie krótkiej rozprawy przeprowadzonej pięść mi, nogami, kolanami, butami i kolbami karabinów przez prostaków w swoim fachu, którzy łamali kości tak jak się łamie dyszle od wozu sztachety w płocie czy kark cielakowi. Tutaj natomiast oczekiwał go ciąg swoistych tortur. Nie tylko cielesnych. Nerwy. Dopiero w trakcie przesłuchania człowiek uświadamia sobie jak piekielnym wynalazkiem jest jego własny system nerwowy. Jak niezawodnym oprawcą. Zdrajca czai się wewnątrz własnego ciała. Każdy ma go w sobie z sobą nie rozstaje się z nim ani na chwilę .Jedząc śpiąc wstając z łóżka i kładąc się do niego. Skąd wiedział, co go czeka nie wiedział skąd po prostu wiedział jakby to było oczywiste. To jednak nie było wszystko. Zeszli ku jego zdumieniu otóż nie wyszli na zewnątrz ale zeszli w dół do podziemi dworca. „Więc to tak. Jak najmniejsza przestrzeń wykorzystana zupełnie niejako bez elementów zbędnych i bezużytecznych. Przejdę przez to z godnością pomyślał”. Korytarz zaczynał się u dołu schodów i wiódł aż do czegoś na kształt przejścia skąd rozwidlał się w dwóch kierunkach. Siedział tam przy stoliku człowiek ,który nie podniósł nawet głowy na ich widok. Cały czas coś pisał a dokładniej wodził piórem wiecznym po papierze. Mogły to być książki w których odnotowywano wszystkich wchodzących i wychodzących, księgi zamówień a być może zwykłe zeszyty w których urzędnik (urzędnik?) kreślił swoje myśli (kreślił czyli zapisywał i skreślał?) a może zwyczajnie pisał właśnie list do żony a może ukochanej …Wszystkie myśli tego rodzaju przemknęły mu przez głowę ale szybko, błyskawicznie a zarazem angażując ledwie część jego umysłu. Rozmyślał intensywnie gdzie się znalazł a raczej gdzie za chwilę się znajdzie. Otóż , to.

Już teraz zaczął zazdrościć ludziom którzy zostali na dworcu chociaż jeszcze kwadrans temu ich położenie ( i jego samego również) wydawało mu się nieznośne. Na siatce drucianej oplatającej żarówkę zawisło kilka much. Trupich muszych trupków. Kątem oka przyjrzał im się z jakimś natężeniem. Jeśli można tak to określić nie mógł się przestać przyglądać. Nagle popadł w stan dziwacznej ale elektryzującej euforii:„Jakie to niezwykłe”.- „Ja żyję”. A one już nie. Nie rozważał zimnego okrucieństwa swojej myśli raczej skupił się na ścianie przed którą stał teraz zwrócony twarzą (gdy w tym czasie jego eskorta, straż szukał właśnie określenia wdała się w przerywaną wybuchami śmiechu pogawędkę z człowiekiem przy stoliku: tak więc i siłą rzeczy nie mógł się do niczego innego odnieść) i zaczął z nudów wyszukiwać elementów które…Ujrzał natychmiast w załomie ściany pająka ale który również wyglądał jakby …zdechł. A więc nie tylko muchy. Co za miejsce. I co za pech zarazem. Nie żyją zarówno ofiary jak i drapieżniki. Poczuł jednak, że popada w mimowolny zupełnie nieoczekiwany i gorączkowy entuzjazm: Ostateczny ideał można by powiedzieć jedyny jaki można sobie wyobrazić…Myśli te przerwało mu brutalne szarpnięcie ,które oderwało go od ściany. Ruszali znów do przodu. Ponad nim jeśli można tak powiedzieć toczyło się nadal życie. Kilka metrów w górę słychać było kroki chodzących lub biegających ludzi, gwar głosów niecierpliwą codzienną krzątaninę. A raczej wyobraził sobie powyższe odgłosy,gdyż siłą rzeczy nic podobnego ani nie było ani nie dało by się słyszeć przez beton, zbrojenie i warstwę ziemi.”

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s