Turnus

ujrzane niegdyś na wschodzie polski (krótki postój autobusu marki Jelcz w drodze na kolonie letnie) otóż, wapienne wyrobisko, gdzie wydobywano skamieniałe organizmy sprzed milionów lat czego uczona na lekcjach geografii i była w tym, powaga ponieważ ostatecznie geografia nie może kłamać, jeśli nawet inne sztuki czy nauki jak najbardziej, zieleń w ciemniejącym wieczorze, zanosiło się chyba na deszcz w powietrzu krążyła nieskończona ilość owadów,miriady muszek czy komarów (skłamałbym mówiąc, że p a m i ę t a m) pomieszana z bielą skał,odcinającą się od zieleni uczepionych na górze drzew:

nieopodal był amfiteatr z swoją galerią ławek, z ideą miejsca publicznego nie wiem, co było istotniejsze czy kamieniołom, czy galeria amfiteatru, były lata może jeszcze 70-te a może już 80-te rozmazana twarz na szybie, zapach skaju, pewna dziewczyna przede mną, skaj brązowy, nagrzewający się i pachnący w upale w sposób niezapomniany to znaczy nieznośny do czego, można było dołączyć zapach smarów, oleju czy ropy która przedostawała się jakimiś szczelinami z podwozia, na przodzie był szeroki garb miejsce między kierowcą a dwoma krzesłami pasażerskimi z prawej strony, były to miejsca uprzywilejowane ponieważ zasiadały tam, tylko ważne osoby jak nauczyciele, przewodnicy wycieczki czy wychowawcy kolonijni a w tym przypadku to zachodziło, rozdawali zapobiegawczo awiomarin i ja każdorazowo żałowałem, że nie mogę dostać aviomarinu, gdyż musiałbym skłamać, że cierpię na zaburzenia komunikacyjne, a trzeba powiedzieć też , że obdarzenie uwagą tych ,,jakże nad zbyt delikatnych, wręcz oranżeryjnych istot”, które zwracały do woreczków, ledwie autobus ruszył, lub po kilku zaledwie minutach jazdy, które trzeba było wyprowadzać a najlepiej uprzednio zatrzymać autobus ,, kiedy, kiedy wreszcie w końcu dojedziemy” a więc zwracanie na siebie powszechnej uwagi wydawało się, czymś powiedzmy niemoralnym, poniekąd wyłudzaniem i budziło w mnie skryte oburzenie, jako zachowanie egoistyczne łamiące solidarność grupową, która oznaczała min. że nikomu nie należy się nic więcej niż innym.
Jednak osobliwa pogarda mieszała się skądinąd z zazdrością, poniekąd zazdrościłem tym, jakże skupiającym na sobie uwagę, sam mając w sobie pewną nieuchronną i niejako bezwiedną świadomość, że najlepiej używać odruchowo barw ochronnych, kamuflażu wtopić się większość, nie wyróżniać, mówiąc dosadnie nie zwracać na siebie uwagi w żadnej mierze.
Moim ulubionym zajęciem gdyż, chyba była tam fontanna niewielka z jakąś figurą pośrodku, było przyglądanie się sunącym po niewielkim zatęchłym kręgu wody marmurze a więc przyglądanie się jak niewielkie owady, nartniki bezszelestnie z gracją łyżwiarzy suną po wodzie, bezszelestnie bez śladu, najmniejszego dźwięku, utrzymując się na swoich szeroko rozstawionych kończynach.
Wydaję się, przed końcem dwutygodniowych wakacji, turnusu już nie było wody w tym niewielkim marmurowym oczku, wyparowała nie zasilana żadnym bieżacym dopływem, raczej białość niż szarość, mimo, że szarość wciaż tkwiła w powietrzu szarość lat wcześniejszych jeszcze zanim przyszedłem na świat. Ale, już można było choćby nieśmiało nabrać powietrza.

Wybiegliśmy więc ławą a raczej chmarą, krótkie rozprostowanie kości, sposób na nabranie powietrza w gęstniejącym zmroku, nie pamiętam dokąd jechaliśmy, zapewne w góry Kłodzkie może w okolice Jeleniej Góry, może w góry Sowie.

Patrzyłem na nią intensywnie, postanowiłem, że jej się przyjrzę, że się zapoznamy w jakiś sposób stanowiła nagle najciekawszy, najbardziej frapujący moment całego tego wyjazdu.
Ale, jaką miała twarz?
Nie, wiem- nie pamiętam.
Zapewne coś, natchnionego jak ten pochmurny zmierzch z tkwiącym w nim na obrzeżach chmur deszczem, gdzieś na dla mnie bezwiednie przerażających rubieżach cywilizowanego świata, ponieważ góry uwielbiałem, miałem do nich stosunek wręcz bałwochwalczy, ale jej twarz musiała być nieco natchniona, lekko surowa, z wystającymi kośćmi policzkowymi, chyba włosy czarne jak najbardziej.
Wybiegliśmy ławą a raczej czeredą, krótkie rozprostowanie kości, sposób na nabranie powietrza w gęstniejącym nieubłaganie zmroku, nie pamiętam dokąd jechaliśmy,mogły to być góry Kłodzkie może okolice Jeleniej Góry, może góry Sowie.

Pamiętam,że dziewczyna która mnie urzekła, chociaż nie umiałbym dokładnie odtworzyć jej twarzy, przez cały ten turnus, z wirze zajęć, marszów, zwiedzania oraz innych zajęć, rozdzielona odemnie przelotnie tylko migała gdzieś na widnokręgu, czy to był jakiś pałac, kompleks po pałacowy w którym rozbiliśmy się wędrownym, kolonijnym obozem z obowiązkiem co wieczornych ablubcji, nogami poranionymi przez jeżyny, odciskami, sennością o poranku, zapachem kawy zbożowej i metki, której nie cierpiałem w chłodnej nieprzyjaznej jadalni, gdy trzeba było wstawać o określonej godzinie, tęsknotą za domem, mimo zaledwie tygodniowej nieobecności, ktoś zgubił czy ukradziono mu wszystkie pieniądze,telefony do domu, rozpacz a sprawa wynikła czy została dostrzeżona i zgłoszona jeszcze w autobusie, zanim dojechaliśmy na miejsce, a może to ja byłem tą osobą którą okradziono i która dzwoniła potem do domu, żeby przysłali pieniądze-żyjąc na bieżąco za pożyczone od jakiegoś czy jakiejś wychowawczyni, nie pamiętam jakie to ma zresztą znaczenie, mogłem więc być to nawet ja: a nawet jak nie byłem to “ja” zlewało się z innymi zwykle odrębnymi bytami, które mnie otaczały wokół, niezależnie od mojej woli, czy tego co o tym myślałem, gdyż zdegradowany albo podniesiony do rangi “członka turnusu”, czułem się elementem, trybikiem a nie osobną egzystencją, i z jednej strony było to kojące, co mnie zaskakiwało, a z drugiej niepokojące, co mnie również zaskakiwało,mam na myśli sprzeczność uczuć, jakaś ich dogłębną nieuzgadnialność ją widywałem doprawdy rzadko i w nagłym porywie uczuć, uświadomiłem sobie, że melodramatycznie brak mi tej niepoznanej bliżej egzystencji, która wraz z parą swoich przybocznych przyjaciółek odpłynęła gdzieś za widnokrąg innej grupy, gdyż podzielono nas od razu na grupy, tak właśnie i mogliśmy się nie spotkać już aż do końca, zwłaszcza że skrzydło damskie, czy raczej dziewczyńskie znajdowało się oddzielnej części pałacu, patrzyłem na wysoką trawę w której krowy pasące się tutaj przed nami pasące się także nadal, tylko w górnej części łąki, pozostawiły swoje odchody, ciepłe, krągłe placki w które wdepnąć oznaczało ubabrać się po nogawki w najgorszym razie, w razie braku szczęścia a było to łatwe, ponieważ w wysokiej trawie nie było widać, gdzie kryją się pociski roślinne, zostawione przez nieszczęsnych przeżuwaczy, kryj się wołaliśmy, mina albo ,,panzerfaust”, kto wdepnął ten był nieboszczykiem, w tej grze, nie żył umarł i już, gdyż w czasach o których mowa, większość gier była wojenna, grało się w ,,śmierć” i tak, kto wszedł na minę przeciwpiechotną, ten wypadał z gry, jeżyny wczepiały się w spodnie i ręce,osty obłaziły równie skutecznie jak i leśne owady,pokrzywy sięgające pasa, odparzenia,skręcenia kostek,zwichnięcia stawów,nagłe alergie, porażenia słoneczne, czy zwykłe oparzenia od nadmiaru słońca a słońce świeciło intensywnie nad niewielkim kręgiem łąki, w dole zieleń a w górze błękit, rano gimnastyka nie do uniknięcia, jej nie widziałem, widywałem ją coraz rzadziej i zdaję się wracaliśmy nawet innymi autobusami, ponieważ autobosów było co najmniej dwa, jak nie trzy w jednym turnusie. Właściwie nie umiałbym odtworzyć jej twarzy. Kiedy wyruszaliśmy, było to z a w s z e niepokojące, do którego wsiąść autobusu, czy pierwszego czy ostatniego a może środkowego, przeprowadzałem błyskawiczną kalkulację, tak się składało, że miejsca nie były przypisane do osoby, i można było sobie wybrać, i chwila gdy kolumna wyruszała z miasta w stronę gór, był zarówno ekscytujący jak i przygnębiający, twarze odprowadzających, czyje twarze najbliższych, zwykle dziadków, może matki ojca nigdy.
W chwili gdy rozpoczynała się podróż twarze się rozmywały, znikały za szybą, stawały się na przynajmniej jakiś czas, rzeczywistością niedostępną.
A kiedy wracałem świat do którego wracałem wydawał się nierealny przynajmniej przez jakiś czas, ponieważ wnosiłem w niego doświadczenie, którego nie miał on w sobie.
Każda podróż i wyjazd coś odbiera, temu kto wyjechał. Zasadniczo najlepiej nigdzie się nie wybierać, gdyż raczej się traci niż zyskuje.

03.2017

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s