Kino, Cyrk i inne rozrywki.

 

    Ciekawe, czy B.Schulz to oglądał w tym miasteczku gdzieś na Wschodzie -Wschodnim.
W jakimś objazdowym kinie po chmurką, albo i stacjonarnym.
Wyobrażam sobie wschód (Kresy) poprzez Konwickiego.
Upalne, zawisłe powietrze, rowy i łąki porosłe bujnym burzanem.
Tak bardziej z ,,Kroniki wypadków miłosnych”.
 
Oglądając ten krótki film, pomyślałem o sztuce cyrkowej o iluminacji-jaką-niesie-z-sobą.
A kino, to sztuka przedstawiająca.
Niby-rzeczywistość-chociaż w istocie, nawet nie jej nie pozór.
Raczej rzeczywistość-wysoce-autonomiczna.
 
  Poprzednikiem kina było cyrk a uprzednio misteria.
Cyrk i trupy objazdowe wyrosły z misteriów kościelnych ( w średniowiecznej Europie).
 
Tragedia nie mogła zaistnieć w kulturze Europejskiej, gdyż ,,tragiczność” została przypisana wyłącznie: z jednej strony do postaci centralnej a z drugiej do kategorii ,,Objawienia”-a tym samym została zniesiona.
 
   Tak, wiec cyrk czy cyrkowcy:
to-nie-religijne misterium, poprzedzające kino z jego magicznością, które zostało obdarzone łaską banicji z sacrum. Pisze o nim z czułością, kogoś kto ogląda wyciągany papier z roztworu odczynnika wywołującego obraz na pozytywie w ciemnej postaci miejsca, które jest niedostępne z definicji.

Rzecz, przed którą H.Hesse niemiecki pisarz zeszłego wieku usiłuje oddalić pisząc o Grze Szklanych Paciorków-grze- książce i tworząc postać Józefa Knechta.
    Od kilkuset lat sakralne na Zachodzie Świata (dla tutaj urodzonych i zaliczających się własnym wyborem do cywilizowanych nie-barbarzyńców) obraca się niczym w klątwie Midasa w  “odi profanum vulgus et arceo” a zamiast gry Szklanych Paciorków o której marzył Hesse, nieco zaczadzony Wschodem i jego opiumowym ( w sensie przenośni) czarem- otrzymała kultura europejska przeźroczystą, nagą technologie#1 
   
   I tutaj, już można bezzwłocznie wrócić niczym po wykonaniu koła na jednokołowym rowerze wokół areny cyrkowej do B. Schulza.
Świeckiego, podupadłego (podwiązki i pantofelek Adeli), niezbyt zrozumiałego(Kresy Europy) ale nie-koniecznie podrzędnego (vide tłumaczenia Kafki) literackiego Demiurga.
    ….Ciekawe, czy B.Schulz to oglądał w tym miasteczku gdzieś na Wschodzie -Wschodnim…

#przypisydoschulza

#(rozważania o nad-człowieku Nietzschego i praktycznej realizacji jego idee fix czyli człowieku-maszynie to rzecz na odrębny wpis).

Sróðziemnomorze czyli Ziemie Odzyskane?

W czasie dyskusji na tematy różne, wpadłem na co, najmniej trzy członowy podział typu polskiego. Wschodni, Kongresowy i Galicyjski. Tak, z grubsza (pomijając Śląsk, Pomorze i Górali, którzy przedstawiani jako typ wzorowego Polaka, wywodzą się pasterskich Wołochów z typem Lechickim mając niewiele wspólnego). Tak więc, narracja niejednolita, mówiąc krótko. A jeśli, dokonująca generalizacji, to w celach wyłącznie sensu stricto politycznych. Dociekania powyższe wywodzą się, jakoś z faktu zamieszkiwania w kamienicy, gdzie na Ziemiach Odzyskanych (jeszcze nie Odzyskanych?), w jednej kamienicy mieszkali ludzie z najróżniejszych terenów w tym, z terenów już nie istniejącego państwa przed wojennego (czyli II RP).

Niejako przybyli z  terenów, gdzie kraj ich narodzin, stał się innym, krajem (dobrze, to pokazuję, wybór repatriantów, którzy mogli przyjąć rosyjski paszport, lub wybrać ,,symboliczną identyfikację”, czyli wyjazd z terenów byłej Polski, wtedy już ZSRR w imię, nie utracenia tego, co było znakiem kulturowej identyfikacji.          Oczywiście, nie bez znaczenia, był tutaj wszechobecny, rosyjski terror, którego chciano uniknąć. To, był dobytek z którym wyruszono w podróż, mienie nie materialne,  zaprawione mieszanką pogardy , nienawiści i lęku. Ale, oczywiście byli jeszcze migranci z ziem centralnych oraz innych, byli autochtoni (Niemcy, Ślązacy, Kaszubi, Mazurzy) i wysiedleni już później Łemkowie (czyli Ukraińcy). Taki, się przedstawiał skład na ziemiach, przyległych do granicy powojennego państwa, gdzie granica wydawała się,  jeszcze długo chwiejna, niepewna w powietrzu wisiała tymczasowość.

   Państwo było pojęciem mglistym i niezbyt pewnym przez jeszcze dziesięciolecia po wojnie mimo, nachalnej (sic!) komunistycznej propagandy. Można się było natomiast odwołać, do pojęcia ,,dzielnicy”, bardziej jako czegoś realnego.

  A ponieważ, przybyłym po 45′ roku nie było, się jak skądinąd odwołać do miejscowej mitologi “ziemi i krwi “, toteż nie powstała tam jak dotąd licząca się literatura. Wyjątkiem, Olga Tokarczuk (notabene z Zielonej Góry), ale i jej początki (Prawiek itd), są mgliste, bajkowe, nieokreślone.  Dopiero, ,,Kroniki Jakubowe” (które, znam jak dotąd z opisu wyłącznie i z skądinad prawdopodobnych źródeł patrz: Sekta Frankistów.),  i one są poniekąd również podróżą w głąb mitycznego czasu “przed Czasem”, jaki się uformował po tym, exodusie 45′ roku.  Paradoksalnie, niczym opisani bohaterowie tej narracji, przybysze poddać się musieli pewnemu procesowie przystosowania, jeśli to nie zabrzmi, źle ,,wtórnej asymilacji”. Opartej o kulturową identyfikację. Ale,  z czym? To, paradoks, że pierwszą powieścią ,, większego kalibru”  w literaturze wywodzącej się z ziem zachodnich, jest opowieść o ,,asymilacji”, o zrzeczeniu się ,,dziedzictwa”.

 Wracając, jednak do Schulzowskiego wątku, różnych czasów (który łatwo można zilustować przykładem , że odwołam się do innego kontynentu,  żyjących w amazońskiej puszczy szczepu Indian, który żyje w czasie epoki kamienia łupanego i białych badaczy tego, szczepu żyjących w czasie odmierzanym elektronowo). Czy, są to czasy tożsame?

Ale, w  jakim  czasie  żyjesz? (zapytałby B. Schulz wywodząc, że ,,istnieją różne typy czasu, i odgałęzienia,  tunele, czasy zrealizowane i nie: potencjalne i na wpół urzeczywistnione. Nie, należy zapominać , że na Ziemiach czasów B. Schulza, żyły różne ludy, żyjące w innych czasach, chociaż równolegle, obok siebie. To, samo słowo można napisać z małej i dużej litery, gdy chodzi o ziemię, jako realny fakt, i o Ziemię, jako o składnik wyobraźni grupowej, pokoleniowej, tożsamościowej. Używając tutaj, nieco nadużywanego Jungowskiego pojęcia ,,archetypu”.

Nie, jest  zaskakujące, że Olga Tokarczuk odwołuję się do ksiąg ,,ludu bez ziemi”, wędrownego, poniekąd umownie w oczach innych ludów, ,,przeklętego” (ażeby, odwołać się do mitu Ahaswerusa, Żyda Wiecznego Tułacza). Innego zakorzenia, póki, co nie można dostąpić [autor tutaj, nie wikła się w analizę  mitu,  jego wydźwięku itd. Natomiast, może wskazać, na przewrotnie wydźwięk pozytywny, który polega na zniesieniu, jednego z źródeł wojen, gdyż istnieją ich  trzy: ziemia,  bogactwa naturalne i kobiety]. Stąd, też może i historycznie paradoksalnie nasilone okrucieństwo wobec, czegoś przekraczającego ,, niski widnokrąg”. Ale, i podszyte dość dwuznacznym znakiem idiolatri, zupełnie współczesne europejskie oburzenie wobec tych,  którzy zechcieli siegnąć po holacuście, po rzeczy im odmówione (ziemię, kraj).

 Nie, jest zaskakujące, do czego sięga O. Tokarczuk, ale też nie jest, prawomocne (ale, to odrębna kwestia dlaczego). Wspomnę , tylko, że ,,uniwersalizm” jaki symbolizują nawróceni Frankowicze (proszę, nie kojarzyć z kredytem w frankach),  jest wyborem zrzeczenia się, który nigdy nie stał przed innymi umownie ujmując ,,ludami”,  zamieszkującymi ziemie wcielone po 45′ roku do Rosji.  Nie, należy też uważać, że ,,etniczność” wyznaczała, przynależność. Była, nią o wiele bardziej ,,kulturowa przynależność”, ściślej religijna. Reszta była drugorzędna. Żródła do których odsyła powieść Tokarczuk, jasno to ujmują.

 Tak, więc jedyna literatura niejako licząca się, powstała na Ziemiach Odzyskanych jest wyprawą,  w głąb przeszłości wykraczająca poza czasy tuż powojennej ,,wędrówki ludów”.  Jak niosą wieści, powstały ostatnio dwie pozycje tyczące się, już Ziem Odzyskanych, autor ich nie czytał (ponownie znane z opisu, co ciekawe), ale też, przygląda się jak, bardzo ostrożnie, wyrasta (dopiero teraz), literatura po wojenna. Gdyż dopiero w drugim pokoleniu jak się okazuje ( i trzecim), jest w stanie zacząć artykułować,  opierając się o doświadczenie osobiste.

Prowincjonalia (I)

Nie wiem, czy tracić czas, na lekturę II tomu ,,Czarodziejskiej góry”. T Manna. Nigdy się, nie przebiłem  przez tą powieść w odróżnieniu od ,,Budenbrooków”. A, ten posmak, hm, tematyczność, motywy, para-diaboliczne od ,, Śmierci w Wenecji”, przez ,, Faustusa”. Głębokie osadzenie w języku, jeszcze nie zdekonstruowanym (ach, Mann ten figlarz i jego chichot). Rzecz  jasna to, tylko gry literackie. 

Ale, kto gra po drugiej strony szachownicy?
,,Wilgotne plamki” na płucach kuracjuszy (historycznie była przed laty gruźlica w najbliższej rodzinie jeszcze po II wojnie światowej) więc, zapewne stąd siła odziaływania opisu.

Pewien, zakład radiologiczny w poniemieckiej kamienicy w mieście, gdzie dorastałem. Park w pokrzywach, dziki zarośnięty.
Nad schodami na pierszym piętrze w posadzce stare kafelki i napis “US”.Fascynacja wielkimi, cieżkimi rentgenowskimi przeźroczami. Ocieżałość pielęgniarek, w białych nie ziemskich fartuchach.
Ciemność, chłód, intruzja do wnętrza (głębszej a za razem bardziej powierzchownej chyba nie ma i to jak się wydaję, jest poniekąd doskonałą metaforą, prozy Manna, ).
Bohater Manna Hans Castorp marzący o bezcielesnym gdyż, będącym tylko odbiciem na przeźroczu ,,mięsie” Kławdi ChauChat, kłebiącym się wokół szkieletu.

Czy, można sobie wyobrazić, Hansa Castorpa piszącego krytyczną biografię T. Manna?
Duch, bez-ducha chociaż widmowo świecący w ciemnościach niczym lampki w diabelskim wesołym miasteczku.
Odbicie całego XIX wieku, wieku postępu, pary i elektryczności, który zepchnął nieodwołalnie, stare demony, do cyrkowych namiotów.
Przegląda się on (Hans Castorp) wyłącznie w napotkanych ludziach niczym w lustrzanych odbiciach w ,,beczce śmiechu”. Jego odbiciami są i Lodovico Settembrini i Naphta.
To, wciąż tylko, on-on sam.
Pierwszy i najważniejszy temat swojej prozy. Bogato inkrustowanej, znakomitej.
Królestwo Midasa.
A ,,on” niewidoczny w cieniu, o którym sam Mann myśli, oto ja, on wie, jaki będzie następny ruch. W końcu to, on wymyślił tą grę.

Właśnie sobie uświadamiam, że wobec faktu, wystąpienia gruźlicy, musiał tam i mój dziadek i moja M. wraz z braćmi robić, prześwietlenia.
Chyba, żeby były one wtedy robione w jakimś innym miejscu.
Ale, jednak nie wydaję się. Na jednym z zdjęć mój dziadek ma rozgorączkowane oczy, gruźlika (wczesne lata piędziesiąte). Tak, jak to opisywał Dostojewski. Dodawała fantazji, entuzjazmu, bywa polotu i na koniec zabijała.

Rzecz, jasna nie w tamtych latach, były antybiotyki i  profilaktyka. Ale, ciemność, zakładu radiologicznego, pewna nieodwołalność całego aktu, budziła zawsze mój respekt. Medycyna wyposażona w ,,cudowne paradygmaty”.
Pewnego roku w odstępach zaledwie kilkudniowych, złamałem trzykrotnie, różne kończyny ciała, i byłem trzykrotnie prześwietlany.

Trzykrotnie cząsteczki elementarne ,,uwięziły” obraz mojego ciała, uwieczniły na kliszy, i pognały dalej unosząc,  jego widmową poświatę. Gdy, przestanę istnieć, ono będzie nadal istnieć.

  1. Środkowy palec prawej ręki. Złamany od uderzenia w górny słupek bramki.
  2. Lewy obojczyk,  złamany od niefortunnego uderzenia w czasie bójki, zamiast w przeciwnika w ławkę (właśnie sobie uświadamiam, że nie bardzo pamiętam jak to, technicznie przebiegło, dlaczego od uderzenia pięścią, pękł obojczyk?). Mniejsza , o to.
  3. Uszkodzenie stopy, chyba kości stepu przy wyskakiwaniu z wysokiego parteru szkoły w czasie  przerwy na fajkę. Z jakichś powodów nie wypuszczano na przerwę.

 

4. Po, raz ostatni byłem prześwietlany przed poborem do wojska.

Wtedy, zrobiono prześwietlenie płuc, nie w nowym punkcie radiologicznym naprzeciw  klasztoru przyległego do jednego z dwóch najstarszych kościołów w mieście, tuż przy ogrodzie botanicznym, i kinie (obecnie nie istniejącym). Ale, w tym o którym pisałem na początku tego wpisu. W centrum miasta (wówczas przynajmniej),  nieodległym od basenu miejskiego i jednocześnie publicznego zakładu kąpielowego.

Rzecz jasna również poniemieckich budynków , masywnych jakby z innej epoki.  Odstających od czteropiętrowych budynków wzniesionych w spalonym po wyzwoleniu , przez Rosjan kwartałach centrum miasta. Tworzyło, to mieszankę  starej i nowej zabudowy, przy czym nowa, była o wiele bardziej niechlujna, chciało by się rzec, nietrwała, prowizoryczna, tymczasowa i nie wynikało , to tylko z problemów z zaopatrzeniem w materiały budowlane czy brakiem wyobraźni architektów. W sumie blaszana nieomal, byle jakość tej zasiedleniowej architektury, szpeciła bardziej chociaż zgodnie z socjalistycznym kanonem, gdzie funkcjonalność, brała górę nad estetyką. Estetyka, była rzeczą marginalną. Byłem niedawno w centrum, nadal  niszczeje. Jakby, skazano poniekąd ten kwartał niemiecko-post-peerelowskiej pamięci, na nieistnienie. Niszczeją kamienicę. Płyty chodnikowe. Naturalny węzeł komunikacyjny prowadzi przez rzekę i chociaż obecnie autostrada omija stary wjazd do miasta, to jednak wciąż nieomal z nim sąsiąduję. Oba wiadukty są od siebie nieodległe, widać jeden z drugiego. Może, to skaza prowincjonalnego miasta. Może, coś innego. Pamięć jest ukryta w achitekturze, krajobrazie, konfiguracji terenu. Owszem, nadbrzeże rzeki, jest zrobione pieczołowicie. Osobiście wolał autor tego wpisu jego starą dzikszą wersję, ale nie ma się co upierać. Natomiast jeszcze z lat tuż powojennych plaża na drugiej stronie rzeki, gdzie leżała niewielka cześć miasta, plaża oczywiście znikła ponieważ rzeka, stała się ściekiem i tylko ktoś zdeterminowany kąpał by się w niej. Ale, i też ekspansja miasta, jego dynamika skazała ,,Dzielnicę za rzeką”, na uwiąd. Powstało , tam co prawda niedawno centrum handlowe, niewielkie grupy okolicznych rolników handlują na niewielkim sezonowym targu. Ponieważ przejeźdżając przez nią rusza się, ku Wielkopolsce.  A wyjeżdżając w kierunku przeciwnym ku Wybrzeżu.

Osobliwe jest , intrygujące jak z biegiem lat, miasto odsuwa  się od swojego, nie- swojego centrum, kontynując ekspansję w górę , uciekając od rzeki. Od  histori, ku wzgórzom z których rusza się na płaskie Pomorze.

Jeśli, ktoś się zdecyduję na podróż wzdłuż wybrzeża, jest to, również godne polecenia. Od Szczecina powiedzmy na wysokości Kołobrzegu, już za nim zaczynają się ciekawe, pejzaże. Krajobraz przestaje być monotonny. Potem,  Trójmiasto.  Mijane jak trzy składnikowy, tort. Sopot, Gdynia, Gdańsk. Autor, tego wpisu, po raz pierwszy był w Trójmieście w tym roku. Udał się tuż przed odlotem na jakież plażowisko. Zaległ z walizkami w piasku. Zasnął.

Co, więcej autor tego wpisu, nigdy przedtem nie była na lini poza Kołobrzegiem. Do Kołobrzegu i owszem. Co, roku. Ale od Kołobrzegu ku Gdyni, Gdańsku czy Sopotowi, nigdy. I też mimo, że zjeździł cały kraj, dziecięciem dzieki sojcalistycznym turnusom wakacyjnym, obszar byłych Prus Wschodnich nigdy nie nawiedził. Mazury, Pomorze Gdańskie, Kaszuby: terra incognita.

 

Trzy funty pod ziemią

Po krótki szkic, z wycieczki do National Coal Mining Museum, czyli zamkniętej i zamienionej w muzeum nieczynnej kopalni, węgla brunatnego.

Wybrałem się, tam w piątkowe wczesne popołudnie, autobusem, nie mając pewności, czy uda, się spełnić, główny cel, wyprawy, to jest zejście pod ziemię. Poprosiłem kierowcę busa, uprzejmą panią, aby powiedziała, gdzie mam wysiąść.
Byłem , tak nieprzygotowany, że nie pamiętałem nazwy, miejscowości, tylko nazwę muzeum.
Jednak, okazało, się , że miejscowi kojarzyli nazwę.
Czekałem na dworcu, około czterdziestu minut, na właściwy autobus. Nie, kursuje ich, w tym kierunku zbyt wiele.
Piątkowe popołudnie.
Dużo, ludzi na dworcu, ruch,  zwykły przed weekendowy rozgardiasz.

Zostałem zachęcony do tej wyprawy, ale też powód był, taki, że skądinąd pamiętałem o angielskich strajkach górniczych z lat osiemdziesiątych, jeszcze z czasów stanu wojennego w latach 80-tych.  I wiedząc, że  znajduję, się na ziemiach po Thacherowskich, chciałem niejako  ujrzeć, przeszłość, o której słyszałem w kraju, za żelazną kurtyną. W roku, 1985 miałem, niespełna  13 lat.

Podróż, zajęła kolejne pół, godziny. Dość, prosto dotarłem do recepcji, kupiłem zaskakująco tani,  bilet wstępu. Oszczędzałem aparat, nie wiedząc, że nie można robić zdjęć pod ziemią , a to był główny powód wyprawy, jeden z nich.
Na , samym początku, uderzyła, mnie cena biletu, wynosząca, nie wiadomo, dlaczego 3 funty, od osoby schodzącej pod ziemię.
Jakoś, mnie to frapowało, aż po powrocie, doczytałem się, że tyle, wynosiła, dotacja do tony węglą. Czy, to była ironia właścicieli sprywatyzowanej i zamkniętej kopalni? Cichy, odwet Torysów, którzy do czasu przegrywali, bitwy z związkami zawodowymi? Myśl, taką uznaję za nad zbyt złośliwą.
Zjazd pod ziemię, zajął dwie minuty, może nieco mniej.  Nie, sposób, było tego zmierzyć, z powodu obostrzeń regulaminu.Nie można mieć , zegarków, telefonów komórkowych ani aparatów fotograficznych, ani niczego na baterie (poza kopalnianymi latarkami.To, niedługo,  dwie minuty, ale zarazem uświadamiając, sobie, że jedzie, się wciąż w głąb ziemi, czas ten, wcale nie jest, tak krótki. Winda, ażurowa tak, jak widywane na kronikach filmowych. Przez chwilę, czuję się jak górnik.

Pod ziemią,  napotkamy nowoczesne XX wieczne maszyny, których  manulnymi operatorami byli górnicy, i jednocześnie  jak się zdaję, tunele jeszcze rodem z  XIX wieku, kiedy to  całe rodziny,  pracowały w kopalni, każda w  odległości jedna od drugiej  10 jardów.  Zobrazowane, to jest górnikami- manekinami ubranymi w w górnicze stroje. Ale, to później, na razie zaczynamy zwiedzanie od najstarszego odcinka kopalni.
Przy okazji, uświadamiam sobie przewagę, manekinów nade mną: one, nie trzęsą się z zimna i nigdy nie będą, ile by nie spędziły godzin w tych podziemiach, dociera to do mnie tym dobitniej, kiedy po jakimś czasie, chłód staje się coraz bardziej odczuwalny.
Wracając, do niewielkich miniaturowych tuneli, wyglądających bardziej jak barłóg, jakiegoś zwierzęcia. Dopiero po schyleniu się i zajrzeniu, ich cel się wyjaśnia.
W tym niskim tunelu, czołga się kobieta zanurzona, po nadgarstki, w brunatnym łupku węglowym.
Nie, ona jej manekin, ale oddany z pełnym artyzmu podobieństwem.
Scena jak z Dickensa z XIX wiecznej Anglii, gdzie dostatek graniczył, z bezwzględną walką o przeżycie.
Przynajmniej jeśli wierzyć, literaturze.
W tych, tunelach, wysokich na czterdzieści, góra siedemdziesiąt centymetrów, na czworaka, całe rodziny, wydobywały urobek, kobiety, mężczyźni , dzieci.
Kolejny, położony naprzeciw tego, miniaturowego,  ma wysokość dorastającego chłopca, lub mężczyzny o wzroście karła.
W środku , niewysoki chłopiec-mężczyzna, prowadzi , niewielkiego konika, który jest wzrostu nieco, większego niż kuc. Kuce,  jednak nie uciągnęły by, ciężaru urobku.
Ujrzane na powierzchni,  w zagrodach,są od nich większe, silniejsze.
Następnego dnia, przychodzi mi do głowy zgoła głupia, myśl. Czy, więcej jest obecnie manekinów zatrudnionych w tym mauzoleum,czy też żywych ludzi? Podejrzewam, że manekiny, nie żądają podwyżek, ani nie narzekają na ,,ciężkie warunki pracy”.
Idealne łamistrajki. Na razie, jeszcze nie oprowadzają wycieczek , po podziemiach, nie sprzedają biletów w miejscowym sklepie z pamiątkami.
A , co powiedzą, kiedy ludzie ( w jakiejś, bliżej nieokreślonej przyszłości), zaczną, się buntować, że ich zastąpiły nad zbyt skutecznie? Pewnie, znajdzie się, jakaś oparta na podzespołach scalonych udoskonalona Margaret Thacher.  Z bezbłędną elektronową logiką wykażę, że nie ma innego wyjścia. Matematyka, jest obiektywna. Jednak to już futurystka. Wracając do teraźniejszości.

Wracając do kopalni w Yorkshire.
Prześledzenie bitew górników z kolejnymi angielskimi rządami to, osobna kwestia, i zbyt rozległa na ten, tekst.
Zapewne śmiertelność zwłaszcza w XIX wieku , była bardzo wysoka, biorąc pod uwagę, liche, ostemplowania, korytarzy, niedbałość o bezpieczeństwo oraz konieczność ciągłego zwiększania wydobycia. Ciemność, kaganki lamp naftowych, w mroku szczury.
W pewnym momencie oglądamy pordzewiałe metalowe pudełka na jedzenie i wodę.
Jak, rozumiem, każde inne szczury by sforsowały.
Przewodnik, bardzo to podkreśla, na ścianach, kolejnych nisz, tkwią gumowe, szczury (prawdziwych, już tutaj nie ma,  wyniosły się wraz z ludźmi).
Szczury, przypominają zabawki, jakie można kupić w sklepach z zabawkami, albo supermarketach. Są realistyczne, na ile to możliwe, o czerwono pomalowanych oczach.  Może, za wyjątkiem tego , ostatniego szczegółu.

W pewnym momencie przewodnik, każe wszystkim zgasić światło, i naciska gumowego szczura, chcąc unaocznić, jak mogło być, w ciemnościach.
On, także gasi światło.
Z wnętrza, gumowego szczura, dobiega pisk.
Ma,to przestraszyć, zwiedzających, a raczej oddać, co musiały czuć, manekiny (udające, ludzi), kiedy kopalnia była czynna.
Ale, dzieci, z rodzicami, oraz elektrycznymi latarkami, nie ulegają przestrachowi.
Dla, nich to wyłącznie czysta, zupełna abstrakcja, rodzaj zabawy w pewnym sensie, coś na kształt disnejowskiego widowiska, tyle, że na żywo. Dziwne, jest to, że być może ich dziadkowie, może jeszcze rodzice, pracowali w tej lub innej kopalni.
A nawet jeśli, by zaszedł powyższy fakt.

W kolorowym, wielobarwnym świecie, ciekłokrystalicznych wyświetlaczy, ciemne, niskie korytarze, wraz z ich ponurą XIX wieczną historią, wydają się albo nierzeczywiste, albo stają się jednym z wielu obrazów, jakie serwuję z każdej strony wirtualna rzeczywistość.
Jak, sen.
Wrażenie, wspomagają dostrzeżone, przez jedna z dziewczynek umowność, całego spektaklu.
Ponieważ, nad niskim korytarzem, z XIX wieku, wisi panel z plastiku, mający udawać, ścianę węgla.
Dziewczynka stuka w niego, i oznajmia, że to plastik.
Domyślność , i pewność siebie dziewczynki, wobec autorytetu przewodnika, usiłującego ,,opowiedzieć” zwiedzającym, przekazać atmosferę tego, miejsca wywołuję salwy śmiechu, dorosłych.
Dzieci, się odprężają.
Komunikat brzmi „ to, zabawa”. I, jest to oczywiście, zabawa.
Przypominam, sobie pastelowo urządzoną restaurację, na powierzchni.
Imitujący ścianę węgla, panel,wisi nad niskim korytarzem, o kształcie nory, z kwadratowym wejściem, gdzie, kobieta-manekin, zastygła w jednej pozycji, bezruchu, tak, długo jak będą tu przychodzić, zwiedzający.
Pozostaje, za nami pogrążona w ciemności.
Przed wejściem, do niskiego tunelu, czuwa chłopiec-manekin, siedzący na kamieniu, przywiązany sznurkiem do drewnianego stempla.
Przewodnik, tłumaczy sens tego obrazka,ale z powodu, niezbyt dobrej znajomości języka angielskiego, sens jego tłumaczenia, przepada. Pozostaje skazany na domysły.

Rzecz jasna , po przyjrzeniu, się uważnie elementom, widać, że całość jest zabetonowaną (dla utwardzenia), iluzją, ozdobioną panelami udającymi , wnętrze korytarza kopalnianego. Maszyny, przywierają, swoimi potężnymi ostrzami do plastikowych osłon ścian.
Pod nimi, znajduję się najprawdopodobniej beton, a raczej żelazobeton.
Potarte, palcami, ściany korytarza nie barwią na czarno, czy brunatno jak, by się można było spodziewać skóry, nie barwią palców są, bezbarwne są, tylko ułudą, żadnego dotyku, żadnej realności.
Nawet, jeśli instynktownie zwiedzający stronią, od ścian.
Dopiero, pod sam koniec, z taśmy zbierającej urobek, przewodnik nabiera trochę rozrzuconego na niej brązowego łupku, i dzieci, zachęcone smarują sobie twarze, jakby, wszędzie, można się było pobrudzić.
Jednak to niemożliwe.
Rzecz, staję się, lekko rozczarowująca, mimo że przewodnik dwoi się i troi, daje z siebie dokładnie wszystko. Rzuca dowcipami, prowadzi znakomicie wycieczkę. Zagaduje dzieci. Jeśli, będą zachwycone, opowiedzą swoim koleżankom i kolegom. A, ci zachęcą rodziców.
Może, za parę lat wrócą z swoimi pociechami.

Zabezpieczenia, są nieuniknione.
To, dla bezpieczeństwa, aby nic nie zagroziło, zwiedzającym.
Oto, podsumowanie tego zwiedzania. Jednak, byliśmy pod ziemią, i to jest realne. Także, pozostawione pod ziemią, maszyny i taśma zbierająca urobek, są rzeczywiste. Nadal na siebie zarabiają.
W tym, oświetleniu, jeśli dobrze to, przemyśleć, nawet manekiny ,wydają się realne.
Są , częścią show.
Ponieważ ich , funkcją jest nie zwiększyć, realność przestawienia, ale (wbrew intencji), je odrealnić.

II
Wychodzę, na powierzchnie nieco, zmęczony. Tak, jakby przepłynął kilka, długości basenu.
Nie , przepadam za byciem, pod ziemią. Uważam, że pchanie się do, miejsc z których można nie wyjść, to kiepski rodzaj pomysłu na życie.
Ponieważ, mam jeszcze trochę czasu, do przyjazdu ostatniego tego dnia powrotnego autobusu, ruszam na obchód całego przyległego terenu.
Terenem tym okazuje się, coś co nosi nazwę widoczną tabliczkach ,, Nature Trail „ i okazuję się , zarośniętą hałdą, odpadów po wydobywczych.
Nie, od razu na to, wpadam. To, przychodzi mi do głowy, na drugi dzień, kiedy łącze, z sobą parę rzeczy.
Pomimo, że drzewa, krzewy i chwasty, pokrywają ,,spacerowy szlak” gęsto, dostrzegam kawał, bloku gruz, a raczej betonu w chaszczach.
Nie, pasuje to, do parku krajobrazowego.
Poza, tym strumień, płynący obok ścieżki, jest barwy brunatnej.
Dochodząc, do najwyższego punktu , dostrzegam metalowy zbiornik retencyjny, z którego poczyna się ten strumień.
Po, prostu w ten sposób schodzi nadmiar wypompowanej wody, udając naturalne ujście, ciek wodny. Przez chwilę, można go wziąć , za naturalne twór.
Wnętrze zbiornika jest barwy brunatnej i mieści odpompowywane, wody, które inaczej mogłyby zalać kopalnie.
Koń na zdjęciu, nie należy do rasy koni pracujących w kopalni, pasł się na łąkach przylegających do ,,Nature Trail”.
Nie, mam niczego, żeby go, czymś poczęstować, ale skąd mogłem wiedzieć?

Daję, się sfotografować, a znudzony, zauważywszy , że nic dla, niego nie mam, odchodzi na środek łąki, ustawiając się tyłem do fotografa.

Najbardziej przykuwa, moją uwagę, węglowa lokomotywa, obdarta, z odpadającą farbą odsłaniająca, anty-korozyjną minię.
Ona, jedna wydaję się rzeczywista.
Po, wyjściu jeszcze bardziej.
Dostrzeżone zabiegi, nieznacznie ale, psują klimat. To, że została wzmocniona, część, korytarzy, jak przypuszczam , betonem, na który, dla niepoznaki, nałożono, węglowo podobne, panele z tworzywa, sztucznego- jest nieco, smutne.
Widać, jednak w świetle przepisów bezpieczeństwa, jest to nieuchronne.
Na, ile znika autentyczność, takiego miejsca, poświęcona na rzecz bezstresowego zwiedzaniu, to jeszcze inna kwestia. Większość zwiedzających to rodzice, z dziećmi.
III

Przed początkiem zwiedzanie dostrzegam, mrowie dziewcząt w wieku szkolnym, ciemnowłosych, o szczupłych profilach twarzy. Cały plac, przed muzeum jest nimi , zapełniony. Włoszki? Nie, jestem pewien. Dopiero po jakimś czasie, uświadamiam sobie, że nie. Młode Izraelki. A może jednak Włoszki? Nie, mają szkolnych fartuszków ale,są i wyglądają na uczennice, jakiejś szkoły, powiedzmy przedział gimnazjum. Zapewne spędzają wakacje wolne od szkoły w Anglii. Z dala od rodziców, pod opieką, swoich opiekunów.
Kiedy próbuję, to rozstrzygnąć, uświadamiam sobie, że nie ma w tej dość licznej grupie, żadnych chłopców. Wycieczka nie- koedukacyjna.

Stoję przed wejściem oczekując, aż dojdzie do godziny drugiej, o której mamy zejść na dół. Jedna, z dziewczynek, pół metra przede mną, pląsa, klaszcze i wśród mowy, angielskiej, mówią, po angielsku wyłapuję słowo ,,tyrany”. Mówiąc, to klaszcze i skanduję, z niejakim upodobaniem,,tyrany, tyrany”. Twarz jej jest nieco, blada, popadająca w odcień natchnionego fanatyzmu, powiedzmy pewności, surowości, jakby wypowiadając słowo ,,tyrany”, wymierzała sprawiedliwość, całemu widzialnemu światu.
W poczekalni, jest już cała, grupa dziewcząt z Izraela, schodzą pierwsze wraz z nimi, owa wyśpiewująca, słowo, ,,Tyrany”. W chwilę, potem przychodzi, nieco niezgrabna, starsza kobieta, ubrana na czarno z kilkoma dziewczynkami. Wygląda, na to, że się spóźniły.
Wygląda, to na scenę z włoskiej komedii obyczajowej, ale jej sens, się zmienia, kiedy dociera do mnie, że to Izraelki.
Tamte, już zniknęły za drzwiami.
Oddaję, przewodnikowi postawnemu mężczyźnie z bokobrodami, o błyszczących się oczach, który mam wrażenie, umieć być bardzo zasadniczy, żelazny suwenir pełniący, rolę biletu wstępu, zostaję mi tylko pozłacany, pamiątkowy.
Proszę, kobietę, przede mną aby mi zrobiła zdjęcie w kasku. Niechętnie , ale spełnia moją prośbę.
Już, potem mimo, niezachęcających okoliczności, staję za nią. Wzbudza, zainteresowanie.
Jej, mąż jest od niej starszy, o wiele starszy. Ona jest, niczego sobie.

Ubieram, pas z latarką i schodzimy w dół. A raczej ruszamy w kierunku windy, która nas zwiezie w dół.

1 lipca 2015

20151911756_182ac09d74_b20151833366_58a5caed51_m20151966866_087685b878_m19991418899_97ef6df3e7_mALIM1697

Literatura z ceraty

 

Jakub Żulczyk w polityce o Barei (kawałek bezpłatny). Bareja. Oglądało, się go w latach osiemdziesiątych z zachwytem ale, i świadomością, że to jednak wyłącznie kabaret. Że, to jest i nie jest, ta rzeczywistość, która nas otacza. Bareja lubił śmiech, ale wszak, najmniej to trafna twarz rzeczywistości. Zapewne, jednak zrobił jedno. Pokazał, że mitologizowany PRL (zwłaszcza na prawicy), był światem, w którym ludzie żyli, zwyczajnie. Groteska, jest właściwa kabaretowi, więc, czegoż więcej oczekiwać?

Im, dalej od PRL-u tym bardziej się wydaję, że to rzeczywistość, zgoła nieuchwytna, gdyż zanurzona w punktach odniesienia, które, już nie istnieją.
Na równi  z “Sami swoi” który to film był  i nie był o wsi ale był, sagą osiedleńców w gruncie rzeczy (wiem, co piszę, bo przyszedłem na świat na ziemiach obiecanych,gdzie zawsze tkwiła, w powietrzu jakaś niepewność, niejasność). Jest, to świat z kolei mitologiczny.
O reszcie polskiej kinematografii, nie będę pisał. O Wajdzie, Zanussim, czy nawet Kieślowskim (który  wydaję się, najbliżej być świata o którym mówi). To, już inteligenckie projekty, z tezą. Mam, na myśli, uformowane przez światopogląd reżyserów. Wajda tworzy wielką, trylogię polską, na sposób zgoła romantyczny. Zanussi, przefiltrowuję, świat, przez swój intelektualny i emocjonalny wgląd.
Jednak, są to, projekty osobne, indywidualne.
Brak, opisu i świata, który minął ba, brak opisu jego końca i początku obecnego (myślę, tutaj, jednak o literaturze, prozie mimo, że zacząłem od filmu).
Powiedziałbym, że nawet przydałby się taki projekt, ale od razu z takiej myśli się świadomie wycofuje.
Gdyż, przeszłość w Polsce, historia nawet ta nieodległa, jest od razu zawłaszcza obecnie (od przełomu), przez narrację prawicową, gdzie rządzi dominanta eposu (a nie małej stabilizacji, żeby wspomnieć Różewicza). Ludzie są albo mali albo wielcy, ale nic pośrodku. Gdzie piszę, się z dużej litery, i używa (czy też, nadużywa przymiotników).
Lewicowa narracja, wypiera się poniekąd PRL-u, nie dostrzegając, jego pozytywnych stron, które w tym, dziwnym państwie istniały.
Chce być, nowoczesną zachodnią socjaldemokracją (powiedzmy), bez przeszłości z carte blanche. A to jeden z synonimów, powodów jej nieistnienia.
Nie, ma sensu wspominać o konkurencyjnych do głównego nurtu, politycznych narracjach takich, jak feministyczna (są, to zabawy ściśle, wewnątrz środowiskowe, nawet,jeśli, nagłaśniane). Nie, są to jednak tryby narracji, mogące zmienić główny, nurt ale, tego, też przecież nie ma. Stąd, i pewna nieunikniona porażka, bo bojowa literatura, trafia w próżnię, przepaść, dogłębne nic, null, zero-nic. Jej, atutem siłą, jest kontestacja, a musi mieć, co kontestować, ale tu , jak się okazuje, nie ma czego (przynajmniej, jeśli chodzi o literaturę). Nie, ma czego, ponieważ nie istnieje, żaden wiodący obraz świata, po 1989 roku. Raczej, mozaika, rozrzucona na dywanie. Raczej fragment, niż całość.
Ostatnią, spójną narracją była tzw. proza małych ojczyzn. Ale, to już było ileś lat, temu i za pisarzami jeszcze wlókł się rodem z PRL-u, cień charyzmy.
Który jednak, wybitnie się kurczył,znikał ,,romantyczne” posłannictwo zostało zastąpione przez, co? Właściwie, tak na dobrą sprawę, to nie wiadomo. Ostatnim, harcownikiem wydaję się być, J. Pilch. Ale, on wszak ,należy do zamkniętej szuflady prozy polskiej.

Trzeba wspomnieć o bumie na początku lat, 90-tych na autorów, zakazanych, jak Hłasko, chociażby.
Szybko okazało  się, że nimb mocno spłowiał. Po, części dlatego, że odnosili się do świata ,który przestał istnieć. A wraz z nim, oni (co, niezbyt dobrze świadczyło, o randze gloryfikowanych autorów).
Skąd, taka popularność pisania kryminałów (piszą literaci, piszą krytycy nawet)?
A więc. Literatura jako rozrywka, i czemu nie?
Ostatnio (wczoraj) jakiś kawałek kryminału w jednej z gazet ogólnopolskich. Wznowiona, tradycja drukowania w odcinkach, powieści.
Ostatecznie,jest kanikuła.
Czytam, że polski czytelnik przesycony, nawałem wciąż nowych nazwisk z literatury zwraca się ku rodzimym autorom. Niektórzy nie lubią Kalicińskiej. Ja przeczytałem, jedną rzecz.

Skierowana do kobiet, w wieku określonym, jest pocieszaczem, tworzy spójną wizję świata, dla targetu. Nic, do tego nie mam.
Jeśli, o mnie chodzi ostatnio przeczytałem z jedną trzecią ,,Próchna”Berenta. Wydała się, ta pozycja książką ożywczą (oczywiście nie końcowe partie, gdyż mam taki dziwny obyczaj, że czytam z reguły wstępy i posłowia, jak i pierwsze partie i końcowe. Jeśli rzecz, jest nadal interesująca. Mimo , że nieudana, i prozaik zapomniany, to jednak większym nerwem opisany świat jeszcze niewolny, ale realny.
W chwilę potem , się głęboko wystraszyłem. Czy, jest z mną aż , tak niedobrze?
Otóż, że lepiej do mnie przemawiają urywki Berenta, a nawet (obrócić się, i trzy razy splunąć przez ramię), Żeromskiego?
Czytam (fragmenty), polemik i wzajemnych listów do B. Schulza (piszę Gombrowicz, piszę Witkacy).
Nie przypominam sobie, podobnej polemiki o, tak gatunkowo ważkiej randze po 1989 roku.
Przecież , już przebrzmiały spór klasyków z barbarzyńcami umarł śmiercią naturalną. Klasyków czytają, ci, co, zawsze czytali. Barbarzyńcy, utknęli w ślepym zaułku dawno temu.
Kanikuła.
Kanikuła, panie.
Kiedy Świetlicki (dziś , czcigodny obiekt badawczy doktorantów), w piosence ,, Grzmotyl” nabija się, z mieszczańskiej prezenterki telewizyjnej, to usiłuje wzniecić fine de siec-le żar, sporu między mieszczuchem a literatem.
Ale, tego sporu, już też nie ma.  Nie , istnieje w tym, starciu poeta, ponieważ istnieje, charm i szarm,(wielce, wątpliwy), warszawskiej elity, reaktywnie produkowany, powielany, i retransmitowany z milionów ekranów.  Siła, obrazu i rażenia, nieporównywalna. Elity, nawiasem , mówiąc, nudnej i wtórnej, powielającej, bezrefleksyjnie zachodni pozór, na wschodnią toporność.

Autorowi, tego tekstu, przypomina się, jak babka autora z ,,Burd” (byłą, krawcową min.), wyciągała, różne modele, i klientki wybierały, jaki chcą model. Oczywiście, to były już nie najnowsze,  wydania, ale historyczne modele, jednak kobieca próżność, była nieustępliwa.
Wybity, na wybitnego pisarza M. Witkowski (owszem, da się przebrnąć przez ,,Lubiewo”), miał wykreować literaturę gender-ową (przyznaję, z pokorą niezbyt rozumiem ten modny termin), jednak równych wielkością następców nie widać. Wyczyny a’la Jean Genet , nie są z kolei, tak odkrywcze, po prostu istniało nie zagospodarowane pole. Sam, pisarz po jakimś czasie, bluzgnął na promotorkę, i odżegnał się od literatury, poważnej, pisząc ,,Drwala” i zachwycając się skandynawską pisarką Camille Lackberg (sprzedała 5 milionów egzemplarzy). Nad Wisłą, jednak podobny osiąg, to jakieś marzenie, chyba, żeby rzecz dotyczyła Czechów, których akurat jest podobno tylu.
Nie, chodzi nawet o to, że w kraju, gdzie hitem jest serial ,,Ojciec Mateusz” to się udać, nie może. Po, prostu do tego przepisu, trzeba czegoś więcej. Gest bluzgnięcia na promotorkę powtórzył, ostatnio inny wielki współczesny pisarz polski, laureat największej polskiej nagrody literackiej. Staw, się nieco zakołysał, i w chwilę potem zastygł w znieruchomieniu. Plotka, rynsztok, leciuchny powiew, skandaliku (jednak bardziej interesujący, dla warszawskich salonowych, lwów, niż publiki, jako takiej). Nieco, uchylona pokrywka nad garnkiem lansu, odsłoniła nieco zaplecza, życia literackiego. Bez straty dla czytelników, gdyż czytelnik z tzw. przeżytą liczbą lat i tak w recenzje, nie wierzy.
Jednak (jeszcze raz Witkowski), gest wzgardy, dla literatury ambitnej, znalazł szybko naśladowców, i mnóstwo literatów, a nawet krytyków literackich, zaczęło popełniać kryminały. Nie, można więc odmówić inkryminowanemu wpływu na życie literackie. Przywodzi, to na myśl, autorowi tego tekstu, rząd książek na biblioteczce z znakiem klucza, albo jamnika na okładce, pisarzy kryminałów okresu PRL-u, które po latach czyta się wyłącznie z najwyższym rozrzewnieniem.
Ale, tak poza tym to, co jest?

Kanikuła jest.
Trochę ostatnio, potyczek ale nie mrawych archidiakonatu polski z smokiem gender. Jak, się przegląda portale angielskie, to mnóstwo jest tego, to stały, rutynowy element. Do rzeczonego projektu mam stosunek obojętny, pod warunkiem, że nikt, nie będzie usiłował, wmawiać, biednemu, oszołomionemu i wierzącemu w mądrość kolorowej prasy i literackich recenzentów, że jest to literatura, przez duże L, a reszta już nie. Takiej, raczej nie ma obecnie, być może rzecz w okresie dziejowym. A może, to objaw normalności?

W Polsce, wielka literatura, istniała zawsze, jako placebo, substytut, rzeczy nieistniejących. O,tym nie należy zapominać (krytyka natomiast , z reguły dotycząca rzeczy, sposobu istnienia, była rzeczą drugorzędną). Owa, fantazmatyczność, sama w sobie jest tematem, i to pierwszorzędnym. Wiedział, to Wyspiański (notabene, kiłowiec), i jasno obwieścił. Ciekawe, że podobna ,,mgławicowość’, nie towarzyszy, literaturze ościennej sąsiadów. Jak , się można domyślać, z powodu, nie tylko idei, ale i mocnego istnienia państwa, uczucie rzeczywistości, nie zostało nigdy nadwyrężone, ponad miarę.
A, co do gender.Mam, wrażenie, nie-istotnego rozdęcia zjawiska dość marginalnego, do rozmiarów nad-wymiarowych, poza tym, kiedy, wreszcie w kraju nad Wisłą, rzecz się ukorzeni, na Zachodzie, będzie już panie, co innego, bo jak powiedział (nie, pomnę, kto, niestety), w Polsce rzeczy się, objawiają z plus minus, 100 letnim zapóźnieniem.
Już, wygasłe, za miedzą, tu zaczynają błyszczeć, i żyć, drugim życiem, co, jako żywo przypomina świat Brunona Schulza z ,,Sanatorium pod Klepsydrą”.

Ten że, przetrwał, mimo inspiracji Kafkowskich, ponieważ uczynił z tego swój, temat. I ja bym, tą bardzo szeroko pojętą prowincjonalność, właśnie hołubił. Nie wstydził,się jej:

a, to złotych zębów wujka, co przyjechał na tydzień ze wsi odwiedzić krewniaków, czy ojca wiecznie, nosem smarkającego na ziemię, czy mamusi wciąż w kościele wysiadującej. Ja, wiem, jak się wyjedzie do dużego miasta, wpadnie między Starbucksa a McDonalda, człowiek od razu już, wstydzi się ceratowych obrusów  u rodziców w domu. Ikeą pachnie, Ipodem, kawą z Starbucksa.
Polska, trochę przypomina, bohatera, serialu ,,Daleko od szosy”. Pamiętamy, dzielnego bohatera, tego znakomitego dzieła, realizmem przyćmiewającego, niejeden film dokumentalny. Pamiętamy, dąsy wybranki, bo ze wsi, bo krok nie ten, mowa i w ogóle. To, była symboliczna ,,K U L T U R A”, a obecnie, jej zmartwiała, już przestarzała, namiastka podglądana, z zapałem na Zachodzie. Ponieważ, t o jest dogłębnie prowincjonalne, właśnie, to jaranie się Zachodem, przyznające, od razu, obcej, nie rodzimej, importowanej jak chińskie półbuty, naskórkowej bo powierzchownej, (bo, bez jej zaplecza, gleby), ideologii.

A nic, innego nie mamy, faktycznie na podorędziu, poza prowincjonalnością. Ponieważ, spory ideologiczne, sztucznie często kreowane, istnieją na uboczu, życia, jako domena papierowych wojen. Szkoda na nie, czasu.

A, tak poza tym.
Kanikuła.
* Nie wspomniałem o osobnym zjawisku , obwieszczanym onegdaj przełomem czyli M. Ale, to nie ironia, próbowałem wielokrotnie, przeczytać i odpadałem po paru pierwszych stronach. Po, prostu. Mam, z tego powodu wyrzuty sumienia, gdyż jak każdy ćwierć inteligent, uważam,że skoro chwalą, to wiedzą co mówią, ale no, nie mogę, po prostu nie mogę.
I jestem, lekko zatrwożony, bo, albo jestem nie na czasie (no, minęło już parenaście lat , od tamtego czasu). A, nie być na czasie, to panika, to dom starców, sekcja eutanazji, pobocze drogi, jednym słowem „bieżnik” historii.
Jedyny pozytywny fakt, że potem jak się wydaję, wydawcy zaczęli wydawać, nie tylko przekłady literatury obcojęzycznej. I, fakt język literacki się rozluźnił, ale, też niekoniecznie to wyszło na dobre w wszystkich przypadkach.

Jest parę nazwisk w obiegu ostatni. ,,Zrób mi jakąś krzywdę”,,,Noc, żywego żyda”,”Siódemka” „Domofon”, „Masakra”. Podaję tytuły, krążące w eterze.Ale, jeszcze nie przeczytałem, jedynie fragmenty dostępne na witrynach wydawnictw. Pewnie przeczytam, bo ciekawi mnie, czy ktoś ma pomysł, na odmalowanie panoramy polskiej ,,nierzeczywistości”. Moje gusta są dziwne. Jedną z rzeczy, która mnie ostatnio zafrapowała, była powieść O.T ,,Prowadź swój, pług przez …” o pewnej nawiedzonej obrończyni zwierząt. Nie, szukając od razu analogii, z M.Atwood, choćby, zafrapowała mnie powieść, jako inwersja, odczytałem ją na opak.Rzecz istotnie ciekawa. Nawet, jeśli nie zdobyła (jak podejrzewam, jakiejś większej popularności).