Bradford 2.0 (opowiadanie)

Tak, – to jest w rzeczy samej, przybyłem do Grandford, Bożego miasta. Wjeżdżałem, pod przepięknie poczernionymi przez epokę stali i węgla, kamiennymi wiaduktami, tunelami, na których mech konkurował z płynącą zewsząd, wilgocią. Jakby, miniona epoka wryła się, i wgryzła w mury, krajobraz, kamień.

Od wejścia  przywitał mnie widok Norfolk Garden, na pierwszym placu  niepotrzebnie dużej fontanny, opuszczonej,  teraz nawet  przez gołębie, które w deszczowy dzień, wolą, kryć się na poddaszach, wszechobecna, szarość, kamienia z Yorkshire, który kolorem wpada w odcień, kości słoniowej, trochę, gaszonego wapna, i z którego jak z kości wydobytej z ziemi, wzniesiono całe miasto. Miasto fabryk, opuszczonych zaułków, niczym sen ślepca.

Przybyłem jak to się mówi, z krótką wizytą. Miasto było skryte za siną opończą chmur, na tle której pyszniły się białe pióropusze, fabrycznych  dymów z kominów.  Położone na wzgórzach, opadało i wznosiło się, zależnie, gdzie się trafiło i z którego miejsca było oglądane. Już, z pociągu było widać na tle, sinego nieba, biel dymów oraz chorobliwą, zgaszonego wapna, wraz z czymś, co trawiło, tutejszy kamień, zamieniając go w czarne, połacie zwęglonych cegieł.

Zaraz przy dworcu w pubie <<Queen>> spożyłem, gorzki napój, i ruszyliśmy coś, zjeść. Padało, dzień był, beznadziejnie szary, kamień szary, ulice szare. Fontanna skąpana w deszczu, idiotycznie, niepojęcie czynna, w chmurny, deszczowy dzień.

Im dalej w głąb, dalej od centrum, tym mocniej dostrzec się dało, zaniedbanie, rozpad, rudymentarny rozkład, toczący, zaułki i ulice. Jakby, porzucone miasto z jego fabryczną architekturą, stało bezwładnie w deszczu, ani się broniąc ani, niczego usiłując przedsięwziąć, schodząc do coraz bardziej, organicznej, podstawowej egzystencji. Komunikacja działała, autobusy krążyły, mijali się przechodnie, a jednak nad wszystkim, unosiła się jakaś aura,  zstępowania w niewidoczny obszar.

W knajpce , do której dotarliśmy, nieco po omacku, na oślep nie przebierając o niecodziennie dużej kubaturze,gdyż większość tego typu lokali jest niewielka, więc jak na pakistańską wytwórnię mięsa, które wraz z frytkami pochłonęliśmy szybko i niewzruszenie, był, to dość przestronny lokal. Deszcz opływał świat, ulice, nie na-jedzeni, ruszyliśmy znowu (po przystanku w następnym pubie), do pizzerii,  gdzie (polecam!), czekaliśmy, nieco znudzeni, na pizzę o wymiarach małego ronda, obserwując  kobietę w samochodzie, która przy trzasła, róg swojego sari drzwiami auta, auto ruszyło i odjechało wraz z powiewającym skrawkiem materiału,  siedziałem a raczej stałem, gdyż nie było miejsc siedzących, owiewany co jakiś czas zimnem dobiegającym z otwieranych drzwi, przez wchodzących i wychodzących klientów, zimnem typowo angielskim, które jest niezmienne za wyjątkiem ciepłych, ale dusznych miesięcy wiosny  i lata,  naprzeciw mając po drugiej stronie, zielone drzwi madrasu.  Nie wiem czy czynnego, nie wyglądało, na to ale mogło, to być tylko złudzenie, aczkolwiek nikt, nie wchodził ani nie wychodził. Zastanawiałem się, też po, co przyjechałem tutaj, właściwie, oczywiście odwiedzić znajomego, ale już tego żałowałem, gdyż miejsce to , jedynie mnie przygnębiało.

Po prawo spojrzawszy ujrzałem  kopuły meczetu po lewo świątyni hinduistycznej. Oto, jakim widokiem się delektując, czekając na pizzę, której ciasto właśnie fruwało w powietrzu przekładane na odwrotną stronę, przez załzawione szyby pizzerii, oglądałem świat, który osadzony w tym szarym kamiennym mieście oferował jak dla mnie, przybysza z Wschodniej Europy pospieszną egzotykę. Zielone drzwi madrasu, kolorowe sari, upięte kunsztownie włosy hindusek, poczernione w roślinne wzory ręce Pakistanek. Nie , sposób się , było w tym odnaleźć, wszech obecna obcość.

Smród nie dobiegał, tak powalający z nóg,  z nieodległej rzeźni kurczaków, była niedziela zdaje się, albo sobota: Kurczaki, miały dzisiaj wolne, mój czczony nie od dzisiaj siwobrody staruszek z sieciowego fast foodu, najwyraźniej zwolnił tempo. Ale, i tak trzeba było nieco, zatykać nos, wstrzymać oddech,  było święto, był bank Holiday, Billi Holiday, nucąca ,,Strange Fruit”, nieco pijana przemierzała szerokie arkadowe ulice, też miała wolne, wrażenie, skojarzenie, powstałe, ponieważ mijaliśmy,nieco wcześniej ofertę mrożonych jogurtów, naprzeciw niezwykle eleganckiej restauracji Halal, takie odniosłem wrażenie, taśma stała zatrzymana, nie dobiegał nas smród, podobno, towarzyszący owej ponurej, rzeźni, aczkolwiek jego szczątki, na chwilę dopadły nozdrza przed samym wejściem na ulicę, gdzie tkwił dom gospodarzy, więc umiałem sobie wyobrazić, jego intensywność, w dni robocze i upalne, rozlewającą się na zdewastowane, co tu dużo kryć, upadłe miasto, które na przemian zwałem ,to miastem upadłych aniołów, to miastem ko-kości, grzechoczącej pod stopami, zwłaszcza, że nieoczekiwanie, młodo zeszły z tego świata, pers, ulubieniec , pani domu: z braku miejsca w ceglano-kamienno-betonowym, świecie, zakopany został pod, nie wzrosłymi jeszcze roślinami w ogródku, przypominającym piaskownicę, w wilgotnej ziemi, co przywołało na pamięć, owe, wzniosłe wersy, anglikańskiego poety:

Tam widząc kogoś, kogo znałem, zawołałem: „Stetson!
Na jednym statku byliśmy pod Mylae!
Ten trup, którego posadziłeś rok temu w ogrodzie,
Czy zaczął już kiełkować? Będzie kwitł w tym roku?
Czy mróz śmiertelnym szronem okrył jego łoże?
Och, trzymaj psa z daleka, on kocha człowieka –
W ziemi pazurem grzebiąc, na wierzch go wywleka!
Ty! hypocrite lecteur! – mon semblable, – mon frére!”

A stało się, to niedługo zaraz po naszym przybyciu. Kot, znaleziony został nie żywy za murem. Nie wracał, podejrzanie długo, aż pani wyszła na zewnątrz, nawołując ulubieńca i ujrzała, jego zesztywniałe, ciało. Nie miał, on obrażeń, widać objadł się szelma czegoś, najwyraźniej. Czyż, od nie wrzosu, padło? Pochowany natychmiast w ogródku, pięknie będzie owocował, pazury pod ziemią, drapiące ziemi wieko, gdyż wszyscy żyjemy nadzieją, tym, że wskrzeszeni zostaniemy, co też, pewnie powinno dotyczyć i kotów, gdyż nie sposób sobie wyobrazić, żeby kotom została oszczędzona wieczność, byłoby to nie wdzięczne, nie, nie MainGrandBrandfordzkie, rzec, bym chciał i tak rzeknę. Białe, białka, zasłonięte bielmem, przywiodły na myśl, obejrzane następnego dnia, na wystawie w muzeum, zdjęcie kobiety z tabliczką ,,Blind”, ale czyż nie uważa, się że koty, poruszają, się nie po jednym świecie naraz, tak widzą to, czego my nie widzimy. Koty, nie kładą się tam, gdzie jest nie odpowiednie, pole magnetyczne wyczuwają też, bezbłędnie chore miejsca u swoich właścicieli. Bogini Bast, była czczona pod, postacią kobiety z głową kota w starożytnym Egipcie.

blindwomen
Sceneria wieczoru, więc,  jak z podrzędnego horroru, nieznajomy przybywa do domu ludzi, których wcześniej nie znał, w zrujnowanej dzielnicy, proto-islamskiego miasta, zewsząd, ciemne upadłe światła, padły nagle kot, zesztywniały na deszczu, świetlówka w kuchni, która zaczyna migotać nad zebranymi, i co najgorsze p a p i e r   t o a l e t o w y się skończył.
To, już było wstrząsające doprawdy. Albowiem, jak powiadają zacni magistrowie kościoła, nie jedna: a co najmniej trzy okoliczności muszą się zbiec, aby uznać, omen-nomen rzecz za, nie-codzienną. Ostatecznie, wszystko, dobrze się skończyło, chociaż świetlówka, nie wróciła już do pełni władz umysłowych, świecąc światłem nadal przerywanym, migotliwie jak błędny ognik, na bagnie. Wędrując w górę i w dół, natykałem się na chińskie maski wybiegające na przeciw wspinającego się po schodach, i zaiste brakowało tylko lampionów.

W trakcie, miłej wieczornej, pogawędki, dowiedziałem, się, wielu rzeczy z historii sceny rockowej, gdyż natknąłem się, na żywą, chodzącą encyklopedię, historii rocka w małym środkowo-europejskim kraju, która to spożywała skromne dary ziemi , z najznakomitszemi rockmenami czasów minionych, którzy, to na Walhali rocka, czekają czasów ostatecznych i tak:

że M. J miała romans z o wiele młodszym tenorem z T.S.A, co urzekło mnie swoim niezaprzeczalnym urokiem, gdyż młody wilk dopadł już wtedy dojrzałą łanię, osiodłał i okulbaczył, i wierzchem ujeżdżał. I jeśli śpiewała ona, że ,,nie ma wolnej miłości w domach z betonu”, to 51” odgrywane przed laty z winyla, temu przeczyło, mój przyjacielu, którego nie zdołałem, nigdy poznać, gdyż odszedłeś zbyt wcześnie.

Dowiedziałem, się więc, wielu niesłychanych rzeczy, o których jednak pieczęć milczenia nakazuje, milczeć aż nie zostanie zerwana pieczęć ostatnia, i ostatni z aniołów nie wyda z trąby, dźwięku. Gdzieś, na obrzeżach mojej głowy krążyła Billy Holiday, blues, nocny z Południa, przywleczony, zabłąkany w tutejsze wybrzeże, deszczu i kamienia. Zaiste, Mainford-Grand-Bradford, przypominało, ujęte z góry, zastygłe, morze, rozlane na pagórkach, nagle skamieniałe.
Miasto tonęło w strugach deszczu, braterska pizza spożyta została, inne rzeczy również, zostały spożyte, na chwałę biesiadującym. O, kocie nikt już nie wspominał, grała muzyka, toczyła dyskusja. W taksówce, która niczym łódź na wzburzonym morzu, wyruszyła po zaopatrzenie, kołysała się, jakaś niejasna kiść nad tablicą rozdzielczą, mająca zapewne w mniemaniu pakistańskiego, albo hinduskiego, kierowcy taksówki, moc zapobiegania wydarzeniom, nie codziennym, zwykłemu nieszczęściu, wypadkowi, pechowi, pasażerowi, co zbiegłby nie płacąc za kurs, ot pierwsza z myśli z brzegu. Patrzyłem na mijane, skryte w ciemności domy, gdyż oświetlenie uliczne, też nie było nadzwyczajne, było raczej ciemno i nieco nierzeczywiście.

Dnia następnego.

Przed południem, nieco przyćmionym, chociaż, już nie deszczowym, po pobudce, ruszyliśmy po krótkiej scenie pożegnalnej, znów na miasto, coś zjeść. W tej samej restauracyjce, co wczoraj w której, znów zamówiliśmy kebaba, siedziały dwie z których, jedna była, ciemna nieco, tęga. Mięso było ciemne, unosiło się nad frytkami, obficie z belgijska zalewanymi majonezem. To, w Holandii powiedziałem, po raz pierwszy zetknąłem się z jedzeniem frytek z majonezem. Frytki, to belgijski pomysł- powiedział kolega.

Zerkała nieco od czasu, do czasu unosząc głowę, na oparciem o które, opierał się mój znajomy, i zapomniałem o wygłoszonej przed chwilą, niesłychanej uwadze, że w ubikacji znajduje się konewka, którą, owszem zauważyłem z zdziwieniem, ale nie roztrząsałem jej obecności, natomiast jak uważał, znajomy, służyła, ona nie tyle do podlewania, czegokolwiek, co do podmywania, anusa, odbytu, gdyż, czego się dowiedziałem z zdumieniem, muzułmanie, nie używają papieru toaletowego,  więcej, nawet jeden z znajomych, znajomego wdepnąwszy do islamskiej knajpy, nagle zorientował, się że nie ma tam papieru, ponieważ, zamiast użyć, dźwięcznie, rozkosznie brzmiących w nazwie, wonnych płatków, pochodzącego co , prawda z recyklingu, papieru  myją po kupie, wiadomy otwór, co wywołało, moją uwagę, że może być to , czemu, nie wcale higieniczne, a nawet awangardowe, gdyż zamiast wonnych strof Goethego, na zmielonych i przetworzonych do niepoznaki odpadach, tylko,  czysta woda, o której pewien inny, poeta pisał, że tak wyobraża sobie ostatnią religię  a  tak poza tym, zawsze, skądinąd, miałem dziwaczne wrażenie, że zastosowanie papieru w dwóch różnych, przeciwstawnych celach,  w naszej kulturze, powiedzmy pachnie, a raczej wygląda, na pewną zasadniczą dwoistość.

Poniekąd, rozszczepienie, pierwsza utrata, ponieważ , kiedy po raz pierwszy, twoja pierwsza kupa ląduję w sedesie, coś niczym księżyc, raz na zawsze, nieodwołalnie, odrywa się od ziemi percepcji, i odtąd, chłodno poza nami świeci, jasna latarenka, wyobcowania, ziemi utraconej, i tak dalej, i dalej.

Twoje, skamieniałe, zawieszone  w kosmicznej pustce odchody, wiszące nad twoją ludzkością, niczym winne grono, jabłko Adama, oto wytłoczyny z żyznej gleby, oto prawo, twardniejące w powietrzu.Powstań, sędzio. Mądrzy rodzice, powinni zakonserwować, pierwsze oderwanie się satelity od macierzy, aby po latach wręczyć dojrzałemu potomkowi , z łzami w oczach: Oto, przechowaliśmy twoją esencję, synu-córko. Kto, wie czy nie będzie tak w przyszłości.

Aż powrót, do Edenu, staję się, ciągłą tęsknotą, kiedy i ty, i to, co spada, jest jeszcze tym, samym. Kamienne, zastygłe odchody. Wzrok kota w ciemnościach. Piramidalna głupota. Ofiara w tunelu.Wtedy spostrzegłem, że owa, czarna, strzygąca oczami, wstała, ruszyła do wyjścia i dopiero mogłem ją obejrzeć w całej, okazałości.Czarne, żywe oczy. Wyszła a tuż, za nią jej koleżanka. A my, po zjedzeniu ruszyliśmy ku muzeum kinematografii, gdzie z powodu , złego samopoczucia obejrzałem tylko dział z fotografiami “Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego”. A spośród wielu, najznakomitsze, tak mi się wydaje, zdjęcie z wnętrza łodzi rybackiej, sunącej na morzu ku innej łodzi, i tonącemu okrętowi żaglowemu. Niestety, nie utrwaliło mi się nazwisko autora, i odszukanie, zdjęcia, tak świetnego okazało się przynajmniej chwilowo, niemożliwe. Uderzyło mnie również, świetne zdjęcie niejakiej Christine z roku 1913, której rysy wydały mi się prototypem innego słynnego, po latach zdjęcia i oto, one oba, aby porównać migrację, wędrówkę obrazu poprzez czas:

christine1913stev-mccurry-portret-afganki1

Po wyjściu przed muzeum kinematografii , na postumencie spoczywał, pomnik J.B. Priestleya, który jak się, dowiedziałem , urodził się był w Bradford, którego nazwa rozbita, na cząstki, ewokuje, wstecz, w  swoim, źródle, nie tylko do staro-angielskiego ,,brodd” ale i do jodły z aromanskiego, zwanego fir- tree,  które to drzewo, objawia się zwrotnie w znaczeniach ,,brad” jako ćwiek, lub drzazga, kolec, ostrze, wreszcie (wśród wielu znaczeń), jako  stylisko łopaty* . On, sam mowa o autorze, gdyż taki napis widnieje ,na jego pomniku,  przed muzeum kinematografii, napisał powieść ,, London End”, gdzie powołał do życia dział Imaginastyki.

Niestety, nie czytałem, nic z wzmiankowanego, natomiast odnotowałem fakt, że miasto posiada autora, jego płaszcz wykuty wznosił się w powietrzu, niezależnie od tego, czy wiał wiatr, czy nie.

A potem wsiadłem w pociąg, i chociaż działo się, działo: miedzy wyjściem z domu gospodarzy a wyruszeniem w drogę powrotną, na tym zakończę.

*

Late Middle English, variant of brod(d), from Old Norsebroddr (spike, shaft), from Proto-Germanic *bruzdaz(compare Old English brord, Old High German brort), from Proto-Indo-European *bʰrusdʰos (compare Welshbrath (sting, prick), Albanian bredh (fir-tree),Lithuanian bruzdùklis (bridle), Czech brzda(brake),Template:etyllrol-Template:mlrolbradllfir-tree.

**Large numbers of words of French origin started to be borrowed into the English language, often existing alongside native English words of similar meaning, giving rise to such Modern English pairs aspig/pork, chicken/poultry, calf/veal, cow/beef, sheep/muttonwood/forest, house/mansion, worthy/valuable, bold/courageous, freedom/liberty.

***

Post z przed ponad roku. Reedycja. W międzyczasie powstał plan przeniesienia świetnego zbioru fotografii  Royal Photographic Society z Bradford do Londynu.

 

 

Advertisements

Prowincjonalia (I)

Nie wiem, czy tracić czas, na lekturę II tomu ,,Czarodziejskiej góry”. T Manna. Nigdy się, nie przebiłem  przez tą powieść w odróżnieniu od ,,Budenbrooków”. A, ten posmak, hm, tematyczność, motywy, para-diaboliczne od ,, Śmierci w Wenecji”, przez ,, Faustusa”. Głębokie osadzenie w języku, jeszcze nie zdekonstruowanym (ach, Mann ten figlarz i jego chichot). Rzecz  jasna to, tylko gry literackie. 

Ale, kto gra po drugiej strony szachownicy?
,,Wilgotne plamki” na płucach kuracjuszy (historycznie była przed laty gruźlica w najbliższej rodzinie jeszcze po II wojnie światowej) więc, zapewne stąd siła odziaływania opisu.

Pewien, zakład radiologiczny w poniemieckiej kamienicy w mieście, gdzie dorastałem. Park w pokrzywach, dziki zarośnięty.
Nad schodami na pierszym piętrze w posadzce stare kafelki i napis “US”.Fascynacja wielkimi, cieżkimi rentgenowskimi przeźroczami. Ocieżałość pielęgniarek, w białych nie ziemskich fartuchach.
Ciemność, chłód, intruzja do wnętrza (głębszej a za razem bardziej powierzchownej chyba nie ma i to jak się wydaję, jest poniekąd doskonałą metaforą, prozy Manna, ).
Bohater Manna Hans Castorp marzący o bezcielesnym gdyż, będącym tylko odbiciem na przeźroczu ,,mięsie” Kławdi ChauChat, kłebiącym się wokół szkieletu.

Czy, można sobie wyobrazić, Hansa Castorpa piszącego krytyczną biografię T. Manna?
Duch, bez-ducha chociaż widmowo świecący w ciemnościach niczym lampki w diabelskim wesołym miasteczku.
Odbicie całego XIX wieku, wieku postępu, pary i elektryczności, który zepchnął nieodwołalnie, stare demony, do cyrkowych namiotów.
Przegląda się on (Hans Castorp) wyłącznie w napotkanych ludziach niczym w lustrzanych odbiciach w ,,beczce śmiechu”. Jego odbiciami są i Lodovico Settembrini i Naphta.
To, wciąż tylko, on-on sam.
Pierwszy i najważniejszy temat swojej prozy. Bogato inkrustowanej, znakomitej.
Królestwo Midasa.
A ,,on” niewidoczny w cieniu, o którym sam Mann myśli, oto ja, on wie, jaki będzie następny ruch. W końcu to, on wymyślił tą grę.

Właśnie sobie uświadamiam, że wobec faktu, wystąpienia gruźlicy, musiał tam i mój dziadek i moja M. wraz z braćmi robić, prześwietlenia.
Chyba, żeby były one wtedy robione w jakimś innym miejscu.
Ale, jednak nie wydaję się. Na jednym z zdjęć mój dziadek ma rozgorączkowane oczy, gruźlika (wczesne lata piędziesiąte). Tak, jak to opisywał Dostojewski. Dodawała fantazji, entuzjazmu, bywa polotu i na koniec zabijała.

Rzecz, jasna nie w tamtych latach, były antybiotyki i  profilaktyka. Ale, ciemność, zakładu radiologicznego, pewna nieodwołalność całego aktu, budziła zawsze mój respekt. Medycyna wyposażona w ,,cudowne paradygmaty”.
Pewnego roku w odstępach zaledwie kilkudniowych, złamałem trzykrotnie, różne kończyny ciała, i byłem trzykrotnie prześwietlany.

Trzykrotnie cząsteczki elementarne ,,uwięziły” obraz mojego ciała, uwieczniły na kliszy, i pognały dalej unosząc,  jego widmową poświatę. Gdy, przestanę istnieć, ono będzie nadal istnieć.

  1. Środkowy palec prawej ręki. Złamany od uderzenia w górny słupek bramki.
  2. Lewy obojczyk,  złamany od niefortunnego uderzenia w czasie bójki, zamiast w przeciwnika w ławkę (właśnie sobie uświadamiam, że nie bardzo pamiętam jak to, technicznie przebiegło, dlaczego od uderzenia pięścią, pękł obojczyk?). Mniejsza , o to.
  3. Uszkodzenie stopy, chyba kości stepu przy wyskakiwaniu z wysokiego parteru szkoły w czasie  przerwy na fajkę. Z jakichś powodów nie wypuszczano na przerwę.

 

4. Po, raz ostatni byłem prześwietlany przed poborem do wojska.

Wtedy, zrobiono prześwietlenie płuc, nie w nowym punkcie radiologicznym naprzeciw  klasztoru przyległego do jednego z dwóch najstarszych kościołów w mieście, tuż przy ogrodzie botanicznym, i kinie (obecnie nie istniejącym). Ale, w tym o którym pisałem na początku tego wpisu. W centrum miasta (wówczas przynajmniej),  nieodległym od basenu miejskiego i jednocześnie publicznego zakładu kąpielowego.

Rzecz jasna również poniemieckich budynków , masywnych jakby z innej epoki.  Odstających od czteropiętrowych budynków wzniesionych w spalonym po wyzwoleniu , przez Rosjan kwartałach centrum miasta. Tworzyło, to mieszankę  starej i nowej zabudowy, przy czym nowa, była o wiele bardziej niechlujna, chciało by się rzec, nietrwała, prowizoryczna, tymczasowa i nie wynikało , to tylko z problemów z zaopatrzeniem w materiały budowlane czy brakiem wyobraźni architektów. W sumie blaszana nieomal, byle jakość tej zasiedleniowej architektury, szpeciła bardziej chociaż zgodnie z socjalistycznym kanonem, gdzie funkcjonalność, brała górę nad estetyką. Estetyka, była rzeczą marginalną. Byłem niedawno w centrum, nadal  niszczeje. Jakby, skazano poniekąd ten kwartał niemiecko-post-peerelowskiej pamięci, na nieistnienie. Niszczeją kamienicę. Płyty chodnikowe. Naturalny węzeł komunikacyjny prowadzi przez rzekę i chociaż obecnie autostrada omija stary wjazd do miasta, to jednak wciąż nieomal z nim sąsiąduję. Oba wiadukty są od siebie nieodległe, widać jeden z drugiego. Może, to skaza prowincjonalnego miasta. Może, coś innego. Pamięć jest ukryta w achitekturze, krajobrazie, konfiguracji terenu. Owszem, nadbrzeże rzeki, jest zrobione pieczołowicie. Osobiście wolał autor tego wpisu jego starą dzikszą wersję, ale nie ma się co upierać. Natomiast jeszcze z lat tuż powojennych plaża na drugiej stronie rzeki, gdzie leżała niewielka cześć miasta, plaża oczywiście znikła ponieważ rzeka, stała się ściekiem i tylko ktoś zdeterminowany kąpał by się w niej. Ale, i też ekspansja miasta, jego dynamika skazała ,,Dzielnicę za rzeką”, na uwiąd. Powstało , tam co prawda niedawno centrum handlowe, niewielkie grupy okolicznych rolników handlują na niewielkim sezonowym targu. Ponieważ przejeźdżając przez nią rusza się, ku Wielkopolsce.  A wyjeżdżając w kierunku przeciwnym ku Wybrzeżu.

Osobliwe jest , intrygujące jak z biegiem lat, miasto odsuwa  się od swojego, nie- swojego centrum, kontynując ekspansję w górę , uciekając od rzeki. Od  histori, ku wzgórzom z których rusza się na płaskie Pomorze.

Jeśli, ktoś się zdecyduję na podróż wzdłuż wybrzeża, jest to, również godne polecenia. Od Szczecina powiedzmy na wysokości Kołobrzegu, już za nim zaczynają się ciekawe, pejzaże. Krajobraz przestaje być monotonny. Potem,  Trójmiasto.  Mijane jak trzy składnikowy, tort. Sopot, Gdynia, Gdańsk. Autor, tego wpisu, po raz pierwszy był w Trójmieście w tym roku. Udał się tuż przed odlotem na jakież plażowisko. Zaległ z walizkami w piasku. Zasnął.

Co, więcej autor tego wpisu, nigdy przedtem nie była na lini poza Kołobrzegiem. Do Kołobrzegu i owszem. Co, roku. Ale od Kołobrzegu ku Gdyni, Gdańsku czy Sopotowi, nigdy. I też mimo, że zjeździł cały kraj, dziecięciem dzieki sojcalistycznym turnusom wakacyjnym, obszar byłych Prus Wschodnich nigdy nie nawiedził. Mazury, Pomorze Gdańskie, Kaszuby: terra incognita.

 

Trzy funty pod ziemią

Po krótki szkic, z wycieczki do National Coal Mining Museum, czyli zamkniętej i zamienionej w muzeum nieczynnej kopalni, węgla brunatnego.

Wybrałem się, tam w piątkowe wczesne popołudnie, autobusem, nie mając pewności, czy uda, się spełnić, główny cel, wyprawy, to jest zejście pod ziemię. Poprosiłem kierowcę busa, uprzejmą panią, aby powiedziała, gdzie mam wysiąść.
Byłem , tak nieprzygotowany, że nie pamiętałem nazwy, miejscowości, tylko nazwę muzeum.
Jednak, okazało, się , że miejscowi kojarzyli nazwę.
Czekałem na dworcu, około czterdziestu minut, na właściwy autobus. Nie, kursuje ich, w tym kierunku zbyt wiele.
Piątkowe popołudnie.
Dużo, ludzi na dworcu, ruch,  zwykły przed weekendowy rozgardiasz.

Zostałem zachęcony do tej wyprawy, ale też powód był, taki, że skądinąd pamiętałem o angielskich strajkach górniczych z lat osiemdziesiątych, jeszcze z czasów stanu wojennego w latach 80-tych.  I wiedząc, że  znajduję, się na ziemiach po Thacherowskich, chciałem niejako  ujrzeć, przeszłość, o której słyszałem w kraju, za żelazną kurtyną. W roku, 1985 miałem, niespełna  13 lat.

Podróż, zajęła kolejne pół, godziny. Dość, prosto dotarłem do recepcji, kupiłem zaskakująco tani,  bilet wstępu. Oszczędzałem aparat, nie wiedząc, że nie można robić zdjęć pod ziemią , a to był główny powód wyprawy, jeden z nich.
Na , samym początku, uderzyła, mnie cena biletu, wynosząca, nie wiadomo, dlaczego 3 funty, od osoby schodzącej pod ziemię.
Jakoś, mnie to frapowało, aż po powrocie, doczytałem się, że tyle, wynosiła, dotacja do tony węglą. Czy, to była ironia właścicieli sprywatyzowanej i zamkniętej kopalni? Cichy, odwet Torysów, którzy do czasu przegrywali, bitwy z związkami zawodowymi? Myśl, taką uznaję za nad zbyt złośliwą.
Zjazd pod ziemię, zajął dwie minuty, może nieco mniej.  Nie, sposób, było tego zmierzyć, z powodu obostrzeń regulaminu.Nie można mieć , zegarków, telefonów komórkowych ani aparatów fotograficznych, ani niczego na baterie (poza kopalnianymi latarkami.To, niedługo,  dwie minuty, ale zarazem uświadamiając, sobie, że jedzie, się wciąż w głąb ziemi, czas ten, wcale nie jest, tak krótki. Winda, ażurowa tak, jak widywane na kronikach filmowych. Przez chwilę, czuję się jak górnik.

Pod ziemią,  napotkamy nowoczesne XX wieczne maszyny, których  manulnymi operatorami byli górnicy, i jednocześnie  jak się zdaję, tunele jeszcze rodem z  XIX wieku, kiedy to  całe rodziny,  pracowały w kopalni, każda w  odległości jedna od drugiej  10 jardów.  Zobrazowane, to jest górnikami- manekinami ubranymi w w górnicze stroje. Ale, to później, na razie zaczynamy zwiedzanie od najstarszego odcinka kopalni.
Przy okazji, uświadamiam sobie przewagę, manekinów nade mną: one, nie trzęsą się z zimna i nigdy nie będą, ile by nie spędziły godzin w tych podziemiach, dociera to do mnie tym dobitniej, kiedy po jakimś czasie, chłód staje się coraz bardziej odczuwalny.
Wracając, do niewielkich miniaturowych tuneli, wyglądających bardziej jak barłóg, jakiegoś zwierzęcia. Dopiero po schyleniu się i zajrzeniu, ich cel się wyjaśnia.
W tym niskim tunelu, czołga się kobieta zanurzona, po nadgarstki, w brunatnym łupku węglowym.
Nie, ona jej manekin, ale oddany z pełnym artyzmu podobieństwem.
Scena jak z Dickensa z XIX wiecznej Anglii, gdzie dostatek graniczył, z bezwzględną walką o przeżycie.
Przynajmniej jeśli wierzyć, literaturze.
W tych, tunelach, wysokich na czterdzieści, góra siedemdziesiąt centymetrów, na czworaka, całe rodziny, wydobywały urobek, kobiety, mężczyźni , dzieci.
Kolejny, położony naprzeciw tego, miniaturowego,  ma wysokość dorastającego chłopca, lub mężczyzny o wzroście karła.
W środku , niewysoki chłopiec-mężczyzna, prowadzi , niewielkiego konika, który jest wzrostu nieco, większego niż kuc. Kuce,  jednak nie uciągnęły by, ciężaru urobku.
Ujrzane na powierzchni,  w zagrodach,są od nich większe, silniejsze.
Następnego dnia, przychodzi mi do głowy zgoła głupia, myśl. Czy, więcej jest obecnie manekinów zatrudnionych w tym mauzoleum,czy też żywych ludzi? Podejrzewam, że manekiny, nie żądają podwyżek, ani nie narzekają na ,,ciężkie warunki pracy”.
Idealne łamistrajki. Na razie, jeszcze nie oprowadzają wycieczek , po podziemiach, nie sprzedają biletów w miejscowym sklepie z pamiątkami.
A , co powiedzą, kiedy ludzie ( w jakiejś, bliżej nieokreślonej przyszłości), zaczną, się buntować, że ich zastąpiły nad zbyt skutecznie? Pewnie, znajdzie się, jakaś oparta na podzespołach scalonych udoskonalona Margaret Thacher.  Z bezbłędną elektronową logiką wykażę, że nie ma innego wyjścia. Matematyka, jest obiektywna. Jednak to już futurystka. Wracając do teraźniejszości.

Wracając do kopalni w Yorkshire.
Prześledzenie bitew górników z kolejnymi angielskimi rządami to, osobna kwestia, i zbyt rozległa na ten, tekst.
Zapewne śmiertelność zwłaszcza w XIX wieku , była bardzo wysoka, biorąc pod uwagę, liche, ostemplowania, korytarzy, niedbałość o bezpieczeństwo oraz konieczność ciągłego zwiększania wydobycia. Ciemność, kaganki lamp naftowych, w mroku szczury.
W pewnym momencie oglądamy pordzewiałe metalowe pudełka na jedzenie i wodę.
Jak, rozumiem, każde inne szczury by sforsowały.
Przewodnik, bardzo to podkreśla, na ścianach, kolejnych nisz, tkwią gumowe, szczury (prawdziwych, już tutaj nie ma,  wyniosły się wraz z ludźmi).
Szczury, przypominają zabawki, jakie można kupić w sklepach z zabawkami, albo supermarketach. Są realistyczne, na ile to możliwe, o czerwono pomalowanych oczach.  Może, za wyjątkiem tego , ostatniego szczegółu.

W pewnym momencie przewodnik, każe wszystkim zgasić światło, i naciska gumowego szczura, chcąc unaocznić, jak mogło być, w ciemnościach.
On, także gasi światło.
Z wnętrza, gumowego szczura, dobiega pisk.
Ma,to przestraszyć, zwiedzających, a raczej oddać, co musiały czuć, manekiny (udające, ludzi), kiedy kopalnia była czynna.
Ale, dzieci, z rodzicami, oraz elektrycznymi latarkami, nie ulegają przestrachowi.
Dla, nich to wyłącznie czysta, zupełna abstrakcja, rodzaj zabawy w pewnym sensie, coś na kształt disnejowskiego widowiska, tyle, że na żywo. Dziwne, jest to, że być może ich dziadkowie, może jeszcze rodzice, pracowali w tej lub innej kopalni.
A nawet jeśli, by zaszedł powyższy fakt.

W kolorowym, wielobarwnym świecie, ciekłokrystalicznych wyświetlaczy, ciemne, niskie korytarze, wraz z ich ponurą XIX wieczną historią, wydają się albo nierzeczywiste, albo stają się jednym z wielu obrazów, jakie serwuję z każdej strony wirtualna rzeczywistość.
Jak, sen.
Wrażenie, wspomagają dostrzeżone, przez jedna z dziewczynek umowność, całego spektaklu.
Ponieważ, nad niskim korytarzem, z XIX wieku, wisi panel z plastiku, mający udawać, ścianę węgla.
Dziewczynka stuka w niego, i oznajmia, że to plastik.
Domyślność , i pewność siebie dziewczynki, wobec autorytetu przewodnika, usiłującego ,,opowiedzieć” zwiedzającym, przekazać atmosferę tego, miejsca wywołuję salwy śmiechu, dorosłych.
Dzieci, się odprężają.
Komunikat brzmi „ to, zabawa”. I, jest to oczywiście, zabawa.
Przypominam, sobie pastelowo urządzoną restaurację, na powierzchni.
Imitujący ścianę węgla, panel,wisi nad niskim korytarzem, o kształcie nory, z kwadratowym wejściem, gdzie, kobieta-manekin, zastygła w jednej pozycji, bezruchu, tak, długo jak będą tu przychodzić, zwiedzający.
Pozostaje, za nami pogrążona w ciemności.
Przed wejściem, do niskiego tunelu, czuwa chłopiec-manekin, siedzący na kamieniu, przywiązany sznurkiem do drewnianego stempla.
Przewodnik, tłumaczy sens tego obrazka,ale z powodu, niezbyt dobrej znajomości języka angielskiego, sens jego tłumaczenia, przepada. Pozostaje skazany na domysły.

Rzecz jasna , po przyjrzeniu, się uważnie elementom, widać, że całość jest zabetonowaną (dla utwardzenia), iluzją, ozdobioną panelami udającymi , wnętrze korytarza kopalnianego. Maszyny, przywierają, swoimi potężnymi ostrzami do plastikowych osłon ścian.
Pod nimi, znajduję się najprawdopodobniej beton, a raczej żelazobeton.
Potarte, palcami, ściany korytarza nie barwią na czarno, czy brunatno jak, by się można było spodziewać skóry, nie barwią palców są, bezbarwne są, tylko ułudą, żadnego dotyku, żadnej realności.
Nawet, jeśli instynktownie zwiedzający stronią, od ścian.
Dopiero, pod sam koniec, z taśmy zbierającej urobek, przewodnik nabiera trochę rozrzuconego na niej brązowego łupku, i dzieci, zachęcone smarują sobie twarze, jakby, wszędzie, można się było pobrudzić.
Jednak to niemożliwe.
Rzecz, staję się, lekko rozczarowująca, mimo że przewodnik dwoi się i troi, daje z siebie dokładnie wszystko. Rzuca dowcipami, prowadzi znakomicie wycieczkę. Zagaduje dzieci. Jeśli, będą zachwycone, opowiedzą swoim koleżankom i kolegom. A, ci zachęcą rodziców.
Może, za parę lat wrócą z swoimi pociechami.

Zabezpieczenia, są nieuniknione.
To, dla bezpieczeństwa, aby nic nie zagroziło, zwiedzającym.
Oto, podsumowanie tego zwiedzania. Jednak, byliśmy pod ziemią, i to jest realne. Także, pozostawione pod ziemią, maszyny i taśma zbierająca urobek, są rzeczywiste. Nadal na siebie zarabiają.
W tym, oświetleniu, jeśli dobrze to, przemyśleć, nawet manekiny ,wydają się realne.
Są , częścią show.
Ponieważ ich , funkcją jest nie zwiększyć, realność przestawienia, ale (wbrew intencji), je odrealnić.

II
Wychodzę, na powierzchnie nieco, zmęczony. Tak, jakby przepłynął kilka, długości basenu.
Nie , przepadam za byciem, pod ziemią. Uważam, że pchanie się do, miejsc z których można nie wyjść, to kiepski rodzaj pomysłu na życie.
Ponieważ, mam jeszcze trochę czasu, do przyjazdu ostatniego tego dnia powrotnego autobusu, ruszam na obchód całego przyległego terenu.
Terenem tym okazuje się, coś co nosi nazwę widoczną tabliczkach ,, Nature Trail „ i okazuję się , zarośniętą hałdą, odpadów po wydobywczych.
Nie, od razu na to, wpadam. To, przychodzi mi do głowy, na drugi dzień, kiedy łącze, z sobą parę rzeczy.
Pomimo, że drzewa, krzewy i chwasty, pokrywają ,,spacerowy szlak” gęsto, dostrzegam kawał, bloku gruz, a raczej betonu w chaszczach.
Nie, pasuje to, do parku krajobrazowego.
Poza, tym strumień, płynący obok ścieżki, jest barwy brunatnej.
Dochodząc, do najwyższego punktu , dostrzegam metalowy zbiornik retencyjny, z którego poczyna się ten strumień.
Po, prostu w ten sposób schodzi nadmiar wypompowanej wody, udając naturalne ujście, ciek wodny. Przez chwilę, można go wziąć , za naturalne twór.
Wnętrze zbiornika jest barwy brunatnej i mieści odpompowywane, wody, które inaczej mogłyby zalać kopalnie.
Koń na zdjęciu, nie należy do rasy koni pracujących w kopalni, pasł się na łąkach przylegających do ,,Nature Trail”.
Nie, mam niczego, żeby go, czymś poczęstować, ale skąd mogłem wiedzieć?

Daję, się sfotografować, a znudzony, zauważywszy , że nic dla, niego nie mam, odchodzi na środek łąki, ustawiając się tyłem do fotografa.

Najbardziej przykuwa, moją uwagę, węglowa lokomotywa, obdarta, z odpadającą farbą odsłaniająca, anty-korozyjną minię.
Ona, jedna wydaję się rzeczywista.
Po, wyjściu jeszcze bardziej.
Dostrzeżone zabiegi, nieznacznie ale, psują klimat. To, że została wzmocniona, część, korytarzy, jak przypuszczam , betonem, na który, dla niepoznaki, nałożono, węglowo podobne, panele z tworzywa, sztucznego- jest nieco, smutne.
Widać, jednak w świetle przepisów bezpieczeństwa, jest to nieuchronne.
Na, ile znika autentyczność, takiego miejsca, poświęcona na rzecz bezstresowego zwiedzaniu, to jeszcze inna kwestia. Większość zwiedzających to rodzice, z dziećmi.
III

Przed początkiem zwiedzanie dostrzegam, mrowie dziewcząt w wieku szkolnym, ciemnowłosych, o szczupłych profilach twarzy. Cały plac, przed muzeum jest nimi , zapełniony. Włoszki? Nie, jestem pewien. Dopiero po jakimś czasie, uświadamiam sobie, że nie. Młode Izraelki. A może jednak Włoszki? Nie, mają szkolnych fartuszków ale,są i wyglądają na uczennice, jakiejś szkoły, powiedzmy przedział gimnazjum. Zapewne spędzają wakacje wolne od szkoły w Anglii. Z dala od rodziców, pod opieką, swoich opiekunów.
Kiedy próbuję, to rozstrzygnąć, uświadamiam sobie, że nie ma w tej dość licznej grupie, żadnych chłopców. Wycieczka nie- koedukacyjna.

Stoję przed wejściem oczekując, aż dojdzie do godziny drugiej, o której mamy zejść na dół. Jedna, z dziewczynek, pół metra przede mną, pląsa, klaszcze i wśród mowy, angielskiej, mówią, po angielsku wyłapuję słowo ,,tyrany”. Mówiąc, to klaszcze i skanduję, z niejakim upodobaniem,,tyrany, tyrany”. Twarz jej jest nieco, blada, popadająca w odcień natchnionego fanatyzmu, powiedzmy pewności, surowości, jakby wypowiadając słowo ,,tyrany”, wymierzała sprawiedliwość, całemu widzialnemu światu.
W poczekalni, jest już cała, grupa dziewcząt z Izraela, schodzą pierwsze wraz z nimi, owa wyśpiewująca, słowo, ,,Tyrany”. W chwilę, potem przychodzi, nieco niezgrabna, starsza kobieta, ubrana na czarno z kilkoma dziewczynkami. Wygląda, na to, że się spóźniły.
Wygląda, to na scenę z włoskiej komedii obyczajowej, ale jej sens, się zmienia, kiedy dociera do mnie, że to Izraelki.
Tamte, już zniknęły za drzwiami.
Oddaję, przewodnikowi postawnemu mężczyźnie z bokobrodami, o błyszczących się oczach, który mam wrażenie, umieć być bardzo zasadniczy, żelazny suwenir pełniący, rolę biletu wstępu, zostaję mi tylko pozłacany, pamiątkowy.
Proszę, kobietę, przede mną aby mi zrobiła zdjęcie w kasku. Niechętnie , ale spełnia moją prośbę.
Już, potem mimo, niezachęcających okoliczności, staję za nią. Wzbudza, zainteresowanie.
Jej, mąż jest od niej starszy, o wiele starszy. Ona jest, niczego sobie.

Ubieram, pas z latarką i schodzimy w dół. A raczej ruszamy w kierunku windy, która nas zwiezie w dół.

1 lipca 2015

20151911756_182ac09d74_b20151833366_58a5caed51_m20151966866_087685b878_m19991418899_97ef6df3e7_mALIM1697

Żołądek (opowiadanie)

 

Lekki wąsik, mąż zmarł mimo wycięcia dwóch trzecich żołądka po paru latach. No, prawie dwudziestu.
Po prostu w Polsce kobiety żyją dłużej.
Dobry człowiek, z jedną trzecią żołądka.  A przecież, jak kisili kapustę na zimę, to cała kamienica o tym wiedziała, takie zapachy się niosły się aż pod dach.
Oto, było to święto u państwa M-ckich.
Te, dwie trzecie żołądka mnie długo i przewlekle fascynowało, ponieważ chudy był on jak szczapa, tylko kopcił szlugi, i wciąż kaszlał, ale nie jadł, podczas kiedy ona baba słusznej postury, za nim jak wieża, podczas gdy, on jak cień, widmo zupełne.
.  Córka, państwa M-ckich ukończyła psychologię.
W tym żołądku, jednak było coś, mówię ci.
Może cała epopeja wędrówki zza Bugu, dwie wojny, jedna rewolucja i mały, krwiożerczo nudny stan wojenny.
Niestety rekonstrukcja została zamieniona na liposukcję.

W czasach racjonowania żywności w latach osiemdziesiątych (stan wojenny), budził on (zredukowany żołądek), powszechną, niekłamaną  zawiść i zazdrość.
Było to coś wielce znaczącego, było to coś osobliwego (zwłaszcza , że  w PRL-u nie brakło jedzenia,
nawet w stanie wojennym szło zdobyć metodą towarowej wymiany, podstawy), a więc pozbycie się dwóch trzecich żołądka to nie przelewki, to był gest wielce ofiarny, zapobiegawczy, uprzedzający zmienne i niespokojne tory historii, jak dla mnie , w moich oczach święty był to człowiek.
Wyprzedził on nadchodzącą epokę , z głębi, krytego dermą , paździerzem, płytą betonową,  uśpionego PRL-u, dostrzegł on tonie i otchłanie nadchodzącego , tryumfalnie powracającego, stanu naturalnego kraju.
Zawsze cichy, uprzejmy, trochę nieobecny, w kłębach dymu.
Wielce, przy piwie nie raz i nie dwa, rozważaliśmy kwestię żołądkowe, jak to jest:
,, Pewnie  to z oszczędności, stwierdzał sąsiad, patrz, tyle zryć mu dawać nie musi”.
“Patrz, kieliszek wódki, 30-gram i już pijany. Taki, to ma szczęście, eh”.
Tak, to robiło wrażenie, to było coś.
Nieco, się zżymałem, gdyż szydzenie takie, mnie wychowanemu w duchu innym, było nieco obce. Ale, przyznaje i ja w końcu, wciągnięty,  bydlę co (mimo skrupułów), się rechotałem.

20 lipca 2015

 

@all right reserverd by Marek Schainer

Garnitur z garbardyny (opowiadanie)

 

 

Stał na korytarzu biura pracy.
Tutaj na prawo, tkwiły rzędy ponurych pokoi, do których
tłoczyły się kolejki rozdrażnionych ludzi. Godzina powiedzmy dziesiąta rano. Niech, będzie żę, był
to poniedziałek.
Zapach, nawilgłych płaszczy, ledwie ukrywane rozdrażnienie, płacz dzieci, gdzieniegdzie
podrażnione twarze, z lekka sine. Sklepy czynne od rana.
Wypada nagle z drzwi biura człowiek,
rozdrażniony, twarz szyderczo wykrzywiona.
“Nie, dała kurwa jedna”. Urzędniczka za nim, urażona w majestacie. “Pan, pan… jąka
się…do kierownika proszę za mną”. “A paszła won”rozbrzmiewa w odpowiedzi.
Podmiot chwilowego zamieszania wypada za drzwi obitego blachą urzędo-konteneru.
“Co, za chamisko jedne…”.
Urzędniczka wycofuje się do biura.
Tłum wbija wzrok w drzwi.
Niejakie poruszenie. Pomruki.
“Kłopot, bo teraz zła, to się nic nie załatwi“.
“Pewnie z godzinę, teraz nie otworzy na złość”.
Niektórzy przezornie zmieniają kolejkę.
Trwa prowadzona półgłosem dyskusja.
O, te urzędniczki, to ważne są takie,o”.
” Poszła by jedna z drugą na bezrobocie to by zobaczyła”. Marzenie bezrobotnego z drugiej
strony drzwi. Ażeby, te paniusie, co tak traktują człowieka jakby był kupą gówna, albo
muchą na kupie gówna, same tak trafiły do tej kolejki.
Kolejek jest trzy jedna największa, czwarta nie wiadomo dlaczego najmniejsza.
Zapewne dlatego, że tam, siedzi taka jedna, hetera co odmawia, zasiłku, wlepia na siłę
pracę, niesie się szeptem, głucha wieść po kolejkach.
Nie wiadomo, czy to prawda, czy plotka, ale większość woli tego nie sprawdzać.
Jakie to prace, wszyscy już wiedzą.
Pożal się , panie Boże.
Ludzie tego dnia, jakoś poirytowani, ciężko rozdrażnieni.
Nieliczni, krążą wokół korkowych tablic z ogłoszeniami o pracy.
Ludzi, więcej niż pracy, to można sobie wybierać, przebierać.
Oferty, pracy urągają poczuciu ludzkiej przyzwoitości.
Pan , w długim płaszczu, z teczką, najwyraźniej inteligent zdeklasowany, z wystającą
grdyką, nerwowo przełyka ślinę.
Patrzy, na tablicę.
Bierze długopis, spisuję numer z ogłoszenia o pracę.
Pewnie akwizycja.
Ostatecznie zarobi mniej niż byle cieć, stróż na budowie.
Ale wciąż można się oszukiwać, że wprawdzie to upadek, ale nie ostateczny.

 

 

Przypomina sobie, że miał iść do biura, zapytać o jakieś szkolenie, wypatrzył takie,
może się uda.
Przemieszcza się.
Tutaj, na lewo w skrzydle urzędu złożonego z kontenerów, tkwią biura dla interesantów.
Tutaj, spokój i cisza, prawie żadnych ludzi.
Urzędniczki wynurzają się za drzwi i z zdziwieniem, nieco marsowo spoglądają na
wyczekujących petentów. Ci, nieliczni oczekujący, z papierami, kurczą się, uśmiechają nieco
wstydliwie, lub zachowują doskonałą wschodnioazjatycką mimikrę. Żadnego wyrazu twarzy,wyłącznie oczekiwanie.Z jednego z biur w międzyczasie wychodzi dyskutujący w najlepsze z
urzędniczką
człowiek.
Opiszmy, go dla lepszej retrospektywy.
Dzisiaj może być to, zacny biznesmen, może lokalny polityk, wybitna podpora społeczności, i
swojej parafi.
„Słuchaj, potrzebuję kilka szwaczek”.
Wyszli z biura, najwidoczniej aby omówić szczegóły transakcji.
„Dobra, mówi urzędniczka. „Więc, tak. Dostaniesz parę szwaczek”.
„Ale,słuchaj, będziesz
musiał im płacić 500-600 złotych,na miesiąc jednak się, nie martw”. „Całą pensję, urząd i tak
będzie ci zwracać”.
“Przez pół roku”.
„Tyle, że pamiętaj przez rok, musisz je zatrudniać, nie możesz zwolnić”.
Jakby, nie było rzecz wygląda sama w sobie obiecująco.
Biznesmen promienieje.
Głos urzędniczki nieco ściszony. Widać, że to wymiana zdań nie przeznaczona dla uszu
profanów.
Opiszmy go, dokładniej, gwoli potomności.
Teczka, skórzana, aktówka, nieco pretensjonalna, ale sygnalizująca, że biznesmen nosi w
niej ważne, papiery. Jakiż od razu wytwarza to dystans wobec reszty goszczących w tym
przybytku. Wzrok ostry, skoncentrowany, chociaż nieco jeszcze niespokojny. Widać, że groszem,
nie śmierdzi (póki co).
Spodnie w kant.
Garnitur z garbardyny, mocno sfatygowany. Spodnie, nieco przykrótkie odsłaniają wesołe, białe
skarpetki.
Pełen zapału i entuzjazmu, przybija do czterdziestki.
„Świetnie, świetnie, mówisz, że będą zwracać”. Nieomal, widać, jak zaciera ręce, przelicza w
myślach. Głos jego nabiera ważności i pewności
siebie.
Oczami,wyobraźni widzi schylone pracowicie, nad maszynami do szycia głowy swoich ,,
pracownic.
To, już jest głos przyszłego pracodawcy.
„Potrzebuje je, na…nie, nie teraz. Na sierpień”.
W głosie tym , słychać nową nutę, nutę stanowczości i władczości.
”Ależ, oczywiście” uśmiecha się słodko i wyrozumiale urzędniczka. „To, żaden problem”.
Uśmiech ten jest uśmiechem, kogoś, kto od dawna zna reguły gry.
Przyszły biznesmen jest jak widać, tutaj jeszcze nowicjuszem.
Ona, nie. Nie pierwszy, to widać, kogo jej urzędowa wiedza, wtajemnicza w zawiłe
arkana ,,zarządzania zasobami ludzkimi”.
„Urząd, ci zwróci wypłaty” mówi. „Nic, nie stracisz”.
Najwyraźniej są na ty, najwyraźniej to znajomość spoza urzędu.
Wymienia przy okazji jego imię, ale jakie przepadło w mrokach zapomnienia.
Energiczny uścisk ręki pieczętuję szczęśliwą transakcję.
Biznesmen uszczęśliwiony mknie rączo do wyjścia.
Nie, wygląda on jeszcze (przyznajmy) na na biznesmena pełną gębą. To, zaledwie
poczwarka.
Ale, przymknijmy na to oko.
Sfatygowany, garnitur z garbardyny, pognieciony krawat,, czarne lakierki i białe skarpetki.
To, wyłącznie nieistotne szczegóły.
Widać, tutaj żądzę, odniesienia sukcesu.
Tak, to zarodek naszej rodzimej przedsiębiorczości.
Nie oszlifowany diament.Nie zżymajmy się jednak małostkowo:
już, za kilkanaście miesięcy, będzie niewątpliwie wyglądać inaczej,
wkrótce zmieni garnitur, ktoś mu uświadomi, że białe skarpetki jednak nie pasują do czarnych
trumiennych lakierek, nawet jeśli robiły furorę na wsi w latach 80-tych, na wiejskiej zabawie,
gdzieś pod remizą.
Reszty, dopełnią lektury kolorowej prasy przez żonę, panią prezesową, wizyty w lokalnym Center
Biznes Club, wyjazdy do Wa-wy, zasłużone wakacje na Malcie, Grecji czy Krecie.
Nic, że obecnie jeszcze przyszły przedsiębiorca nosi, klapki do garnituru. Jak, się rzekło nie
należy być małostkowym, to cecha ludzi niskiego lotu.
Myśli, przypadkowego i mimowolnego świadka, tej ważkiej acz zapewne częstej rozmowy, jaka
się rozgrywała w pierwszej połowie, lat dziewiędziesiątych, kiedy to wilki rodzimego biznesu
wkraczały na arenę, otóż przez chwilę, zawisły wokół tych paru szwaczek, które dopiero
zarysowane w tej opowieści, stały się już, jakaś wymierną liczbą, przeliczone na sumę, już
zarachowane na poczet przyszłych zysków,
Wyobraził sobie, nieszczęsne kobieciny, oblężone przez dzieciarnię i bezrobotnych, lub
pracujących na czarno mężów.
Będą harować nocami, czy dniami, drżąc o posadę, wypruwając żyły, wierząc, że już za
kilka miesięcy, pół roku,najpóźniej rok, dostaną wreszcie wciąż, obiecywaną umowę na stałe, etat,
stabilizację,
Prezes solennie obieca, tym, które będą się starać, wyrabiać z normą, albo najlepiej
ponad normę stały etat czyli bezterminową umowę o pracę, i wtedy będzie można wziąć lodówkę,
pralkę na kredyt, teraz nie dadzą, bo
kto,to da komu, bez umowy o stałe zatrudnienie ,ani bank, ani żaden pożyczkodawca, ale prezes
wyraźnie obiecał, że już niedługo, jak tylko będzie mógł, jak się sprawdzą, firma jest nowa ,, ale to
pewne tylko, że przedtem musimy dać słuchajcie, z siebie wszystko”.
Może już w przyszłym roku, będą marzyć w nieodległej przyszłości, przyszłe pracownice
szwalni, w godzinach, ciężkiej pracy, nie świadome, że ich los się już dawno, rozstrzygnął, został
przesądzony, właśnie tutaj i teraz, w tej chwili na tym uroczym korytarzu prowincjonalnego
urzędu pracy.

 

do pobrania

Garnitur z garbardyny